O reformie wymiaru sprawiedliwości. Suweren z tęgim kijem

Jakiś mechanizm selekcji i jakiś mechanizm awansów musi przecież być, a skoro musi, to dlaczego nie akurat taki? Na taką możliwość wskazuje nawyk, który stał się udziałem funkcjonariuszy RAZWIEDUPR-a jeszcze za pierwszej komuny, kiedy to obowiązywała zasada jednolitej władzy państwowej. I wtedy bowiem był Sejm i rząd, i sądy – ale to było porozdzielane tylko na pewnym poziomie, bo na poziomie wyższym rozdzielone władze spajała w jedną miażdżącą pięść Partia, a z kolei Partię na poziomie jeszcze wyższym w pięść pancerną spajała bezpieka.

Ona była najtwardszym jadrem systemu władzy, może z krótkimi przerwami w okresie między 1956 a 1962 rokiem, kiedy to SB ponownie zaczęła rozbudowywać agenturę w PZPR, co po Październiku 1956 roku zostało zakazane.

Wprawdzie w 1989 roku proklamowana została u nas transformacja ustrojowa, ale – jak to w filmie „Kontrakt” Krzysztofa Zanussiego, który, nawiasem mówiąc, też „bez swojej wiedzy i zgody…”, mówi partyjny buc grany przez Janusza Gajosa: „demokracja demokracją, ale ktoś przecież musi tym kierować!” – z zasady jednolitej władzy państwowej tak łatwo zrezygnować się nie da, zarówno z powodu przyzwyczajenia, które stało się drugą naturą, jak i interesów, które trzeba chronić kompleksowo, a nie wyrywkowo. Zatem wszelkie rozważania o pożądanej organizacji wymiaru sprawiedliwości trzeba prowadzić ze świadomością ich naskórkowego charakteru.

Ale nawet w takich warunkach warto pomyśleć nad rozwiązaniami, które nie usuwając wprawdzie agenturalnej penetracji środowisk sędziowskich czy prokuratorskich, mogłyby prowadzić do osłabienia wpływu agentury, a tym samym do osłabienia wpływu starych kiejkutów na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. Wierzchołek góry lodowej ujawniony częściowo przez sejmową komisję badającą aferę Amber Gold pokazuje, że takie osłabienie jest palącą koniecznością, bo w przeciwnym razie wszelkie reformowanie wymiaru sprawiedliwości będzie przypominało tzw. – jak mówią gitowcy – „suchy branzel”.

Suweren na straży

Zacznijmy od tego, że przeżarcie struktur państwa i życia publicznego agenturą z punktu widzenia ustrojowego stanowi podstępne wyzucie suwerena z suwerenności. Zatem pierwszym krokiem powinno być przywrócenie tej suwerenności suwerenowi w takim stopniu, jak to tylko możliwe.

Należałoby zatem wprowadzić zasadę wybieralności sędziów, prokuratorów i lokalnych szefów policji przez lokalne społeczności, na szczeblu na przykład powiatu, który wtedy wreszcie odzyskałby sens istnienia. Sędziowie nadal mogliby zachować niezależność od innych władz, ale zostaliby podporządkowani suwerenowi, spod którego zręcznie się wyemancypowali. Co pięć lat każdy sędzia – czy to na poziomie powiatu, czy na poziomie województwa, czy na poziomie państwa – w przypadku Sądu Najwyższego – musiałby poddać się weryfikacji ze strony suwerena, od której nie byłoby żadnej apelacji.

Oczywiście i tutaj ujawniłyby się z pewnością rozmaite wady, ale pojawiłaby się szansa, że sędziowie „NIE WIEM, NIE PAMIĘTAM” zostaliby w ten sposób z wymiaru sprawiedliwości wyeliminowani. Wymagałoby to rezygnacji z „nieusuwalności”, ale warto zwrócić uwagę, że ta „nieusuwalność”, połączona z niewyjaśnionym stopniem zagenturyzowania środowiska, jest główną przyczyną bezkarnej korupcji, jaka na podobieństwo raka toczy wymiar sprawiedliwości w Polsce.

W tej sytuacji Krajowa Rada Sądownictwa, nad którą wszyscy się dzisiaj kokoszą, mogłaby stać się całkowicie zbędna, bo „na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów” (art. 186 konstytucji mówiący o KRS) stanąłby z tęgim kijem w garści sam suweren. A chodzi o to, żeby i sędziowie poczuli nad sobą ten kij, bo w przeciwnym razie – co właśnie widzimy – przewraca im się w głowie.

wesprzyj_wolne_media_artykul