UE chce, aby kobiety więcej pracowały, a mężczyźni mniej

W ramach walki o równouprawnienie płciowe Unia Europejska chce, by kobiety więcej pracowały, a mężczyźni mniej. W ten sposób wszystkim ma być… lepiej.

Nie wystarczają dotychczas obowiązujące unijne dyrektywy i zalecenia odnośnie równości płac kobiet i mężczyzn, urlopów czy zasiłków socjalnych. Unia smaży coś znacznie głębszego! W projekcie nowej dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym rodziców i opiekunów wpisano m.in. 5-dniowy urlop opiekuńczy na opiekę nad chorym rodzicem, dzieckiem i małżonkiem oraz 10-dniowy urlop ojcowski z okazji narodzin dziecka.

Równość ponad wszystko

Jednak najwięcej kontrowersji budzi 4-miesięczny urlop rodzicielski, który mógłby zostać wykorzystany do ukończenia przez dziecko 12 lat (w Polsce obecnie urlop ten może być wykorzystany do szóstego roku życia dziecka). Jednak nie byłoby możliwości przeniesienia go na drugiego rodzica. Tym samym matki w Polsce stracą aktualnie obowiązujący 12-miesięczny płatny urlop. „Przy obecnie obowiązujących przepisach polskiego kodeksu pracy powyższe zmiany oznaczają, że matka miałaby prawo maksymalnie do niecałych 9 miesięcy płatnego urlopu związanego z opieką nad nowo narodzonym dzieckiem. Pozostałe 4 miesiące w pierwszym roku życia dziecka musiałby wykorzystać ojciec – w przeciwnym razie prawo do płatnego urlopu rodzicielskiego przepadnie” – tłumaczy Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris.

Jak wyjaśniają sami unijni legislatorzy, „celem pakietu jest rozwiązanie problemu niedostatecznego zatrudnienia kobiet i wspieranie rozwoju ich kariery dzięki lepszym warunkom pozwalającym pogodzić obowiązki zawodowe z prywatnymi” oraz „zapewnienie wprowadzenia w życie zasady równości mężczyzn i kobiet pod względem szans na rynku pracy i traktowania w miejscu pracy”. Urzędnicy unijni przytaczają dane, z których wynika, że w 2015 roku wskaźnik zatrudnienia w UE kobiet w wieku 20-64 lata wyniósł 64,3 proc., podczas gdy mężczyzn 75,9 procent. W 2015 roku średni wskaźnik zatrudnienia kobiet z jednym dzieckiem w wieku poniżej 6 lat był o prawie 9 proc. niższy niż w przypadku kobiet nie posiadających małych dzieci, a w niektórych państwach różnica ta przekraczała 30 procent. To z kolei przekłada się na różnice pomiędzy płciami w wysokości płac i późniejszych emerytur. Temu zaradzić mają nowe regulacje, bo – jak prognozują unijni biurokraci – jak tak dalej pójdzie, to bez działania UE zróżnicowanie sytuacji kobiet i mężczyzn w zakresie zatrudnienia w 2055 roku nie zmieni się.

Jednym słowem, zdaniem eurokratów, za mało kobiet pracuje i mają za dużo urlopów, a mężczyzn pracuje za dużo i urlopów mają za mało – i to, w ramach walki o równouprawnienie płciowe, trzeba zmienić, czyli kobiety zmusić, by pracowały więcej, a mężczyzn – by pracowali mniej. W żargonie unijnym brzmi to tak: „poprawa dostępu do rozwiązań w zakresie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym”. Chodzi o to, by mężczyźni w większym zakresie niż obecnie zastępowali kobiety w domowych obowiązkach związanych z opieką nad dziećmi, aby w tym czasie kobiety mogły tyrać w pracy. Można się tylko domyślać, że w wielu przypadkach skończy się to tak, że matka będzie musiała i iść do pracy, i potem oporządzić dom i dziecko, a w tym czasie ojciec przy telewizorze i piwku będzie korzystał z dobrodziejstwa unijnego urlopu.

Koszty dla gospodarki

Tylko po co wyrównywać urlopy rodziców? Czy obecny stan jest niepożądany w tym zakresie? Może i pożądany, ale nie przez Brukselę, bo Unia ma fioła na punkcie równości. Czy ktoś normalny mógł napisać taki bełkot: „celem UE jest wyeliminowanie nierówności i propagowanie równouprawnienia mężczyzn i kobiet we wszystkich unijnych działaniach. Równość płci leży u podstaw wszystkich polityk UE: z uwagi na duże różnice pod względem wskaźnika zatrudnienia kobiet i mężczyzn posiadających dzieci zmniejszenie tych różnic ma zasadnicze znaczenie dla osiągnięcia unijnego celu w zakresie wskaźnika zatrudnienia. Ograniczenie tych różnic jest też istotne z punktu widzenia większej równości płci”? W skrócie: trzeba wyeliminować nierówności… by była większa równość. I wszystko jasne: wyrównywanie ma funkcjonować w imię absurdalnie urojonych w eurokratycznych mózgach wskaźników. Pewnie już niedługo kolejną dyrektywą Unia nakaże, że dzieci mają być rodzone, a potem karmione piersią po połowie przez matkę i ojca.

Jakby było mało absurdów, unijni urzędnicy już przewidzieli, że zdarzy się ekonomiczno-biurokratyczny cud! Otóż planowana dyrektywa nie tylko wyrówna szanse obu płci, ale też w ciągu 40 lat PKB Unii Europejskiej będzie dzięki niej większy o 840 mld euro, zatrudnienie wzrośnie o 1,6 mln osób w 2050 roku, a realne dochody zwiększą się o 0,52 proc. w 2050 roku. Szkoda że nie wyjaśniono, jak to się stanie. Co więcej, zdaniem unijnych biurokratów „zwiększenie zatrudnienia kobiet przyczyni się też do rozwiązania problemu starzenia się społeczeństwa i zapewnienia stabilności finansowej państw członkowskich”. Czyli dzięki tej gównianej dyrektywie ludzie w UE nie będą się już starzeć?

Z drugiej strony biurokraci całkowicie bagatelizują koszty firm, które w przeciwieństwie do wydumanych zysków będą całkiem realne: „połączenie wariantów oznacza koszty dla przedsiębiorstw, ale są one stosunkowo niewielkie”. – Nie można też zapominać o wpływie takich zmian na gospodarkę – ze względu na zakres uprawnień socjalnych Europa przestaje być konkurencyjna – słusznie zauważa w „Dzienniku Gazecie Prawnej” radca prawny Sławomir Paruch. Eurourzędnicy nie podają też, kto za dodatkowe urlopy ma zapłacić (projekt ustala wysokość świadczenia pieniężnego za urlop na poziomie zasiłku na zwolnieniu chorobowym, czyli 80 proc. wynagrodzenia). W Polsce, poza firmami, będzie to oczywiście będący w „rewelacyjnej kondycji finansowej” ZUS. Dyrektywa oznacza też nowe koszty dla państw członkowskich, które będą musiały na bieżąco monitorować wdrażanie jej na swoim terenie.

Cios w wolność wyboru

Projekt dyrektywy to jeden z wielu przykładów unijnego prawa, które nigdy nie powinno zostać w Polsce wprowadzone, a tak się stanie z powodu naszego członkostwa w Eurokołchozie. To kolejny dowód na to, że Unia szkodzi. Szkodzi gospodarce, podatnikom, przedsiębiorcom, a w tym przypadku szczególnie pracodawcom i pracownikom. Pracodawcom, bo nakłada na nich nowe koszty (nowe płatne urlopy) oraz kary (grzywny, odszkodowania) za ewentualne niestosowanie się do prawa krajowego opierającego się na tej dyrektywie. W przypadku sporu z pracownikiem odnośnie przyczyn zwolnienia przerzuca też na pracodawcę ciężar dowodu. Wprowadza ponadto nowe prawa pracownicze (ochrona przed zwolnieniem). Unia szkodzi też kobietom – bo zmusza je do pracy w czasie, kiedy mogłyby opiekować się swoim dzieckiem, i mężczyznom – bo zmusza ich do opieki nad dzieckiem w czasie, kiedy mogliby pracować i rozwijać swoją karierę.

Zadufani w sobie brukselscy urzędasy piszą w projekcie dyrektywy, że „jedynie działanie UE zapewni wystarczający postęp we wszystkich państwach członkowskich”. Tymczasem w rzeczywistości jest całkowicie odwrotnie, a unijni biurokraci sami sobie przeczą. Otóż Unia jest pewna, że akurat te regulacje zadziałają dobrze, mimo że sama przyznaje, iż jest mało skuteczna: „istniejące ramy [obowiązujące dyrektywa macierzyńska i dyrektywa w sprawie urlopu rodzicielskiego – przyp. T.C.] w dużej mierze nie stanowią skutecznego narzędzia do osiągnięcia zamierzonych celów, które w rezultacie nie zostały w pełni osiągnięte”. Hitem absurdu w projekcie dyrektywy jest zdanie: „Brak w wielu państwach członkowskich urlopu ojcowskiego i rodzicielskiego przyczynia się do niewielkiego wykorzystania takich urlopów przez ojców”. Skoro nie ma takiego urlopu, to jak to w ogóle możliwe, że jest on wykorzystywany choćby i w „niewielkim” zakresie? Może w Brukseli ktoś zna odpowiedź na to pytanie.

Znacznie gorsza od konieczności płacenia unijnej składki i przyjmowania unijnych dotacji jest ingerencja Brukseli w coraz to nowsze obszary nie tylko gospodarki, ale nawet życia społecznego krajów członkowskich. Tym razem projekt nowej dyrektywy odbiera kolejną cząstkę wolności, o której dotychczas decydowały kraje członkowskie, przedsiębiorcy i pracownicy. „To kolejny pomysł Unii Europejskiej, który mając na celu aktywizację zawodową kobiet, jednocześnie może przyczynić się do destabilizacji rodziny i więzi matki z dzieckiem oraz odebrania rodzicom prawa wolności wyboru odnośnie do życia rodzinnego i pracy zarobkowej” – komentuje Ordo Iuris.

„W ferworze wyrównywania szans kobiet i mężczyzn zapomniano o dzieciach i uwarunkowaniach biologicznych, które pomimo zachodzących w społeczeństwie zmian kulturowych pozostają niezmienne” – pisze Marta Kaczyńska, córka śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w felietonie dla wsieci.pl. „Projekt dyrektywy przewidujący ograniczenie swobody decydowania przez rodziców o tym, które z nich ma sprawować opiekę nad dzieckiem, stanowi zbyt daleką ingerencję w sferę prywatną obywateli UE i może być postrzegany jako przejaw ograniczenia wolności wyboru rodziców w zakresie decydowania o wychowaniu dzieci” – dodaje słusznie.

wesprzyj_wolne_media_artykul
  • Jacek Zarazek

    Phyllis Schlafly, zagorzały krytyk amerykańskiego feminizmu, zmarła 5 września 2016 r.

    Od czasu jak Ojcowie Pielgrzymi mądrze porzucili swoje „naiwne i nonsensowne” socjalistyczne eksperymenty, Ameryka kwitła dzięki ciężkiej pracy motywowanej troską o rodzinę, w klimacie wolności bronionej ostatnio przez bombę atomową, „cudowny dar dany naszemu krajowi przez mądrego Boga”. Takie było kredo Phyllis Schlafly i jak wszyscy liberalnie nastawieni Amerykanie zgodnie twierdzili, było przestarzałe, skrajne i odpychające: obsesyjnie antykomunistyczne, antyimigracyjne, antyaborcyjne i antygejowskie. Jednak ci, którzy próbowali traktować ją protekcjonalnie lub ignorować ją, szybko tego żałowali.
    Wbijała swoje polityczne zęby przeżuwając internacjonalistyczny, republikański establishment uosabiany w 1964 roku przez Nelsona Rockefellera, ówczesnego kandydata na prezydenta. Jej pierwsza książka, „Wybór a nie Echo”, 121-stronicowe wydanie za 75 centów, wydane przez nią samą, sprzedało się w ilości 3 milionów egzemplarzy i pomogło populiście, Barry Goldwaterowi („w swoich sercach wiecie, że ma rację”) zdobyć nominację. Usiłował on pokonać Lyndona Johnsona, który odpowiedział na to: „w głębi duszy wiecie, że to świr”.

    Jej następnym celem była zdradziecka, o słabej woli, elita polityki zagranicznej: ludzie tacy jak Robert McNamara, którzy wdali się w wojnę w Wietnamie, ale bali się walczyć jak należy, lub ten omamiony mitygant Henry Kissinger, którego schłostała w gęsto uargumentowanym, 800-stronicowym tomie. Zamiast marnować pieniądze na „patyczkowane się”, Ameryka powinna wystraszyć Związek Radziecki utrzymując przeważającą wyższość w tych danych od Boga broniach jądrowych. Rozmowy o kontroli zbrojeń także były niebezpiecznym odwracaniem uwagi: komuniści będą oszukiwać tak jak zawsze czynili – jedyną umową, jakiej dotrzymali, była ta z Hitlerem w 1939.

    Jej absorbujące zainteresowanie zagrożeniem sowieckim stało się powodem, że późno – prawie za późno, zajęła się tym. Co okazało się być jej najbardziej sławną walką: powstrzymanie poprawki o równouprawnieniu. W roku 1972 poprawka o równouprawnieniu mężczyzn i kobiet przeszła ogromną większością głosów przez obie izby kongresu. Została też szybko przyjęta przez 30 z 38 wymaganych stanów. Jej trwająca dekadę krucjata zmierzająca do zablokowania możliwości „lesbijek, radykałów i pracowników federalnych” szukania „konstytucyjnego lekarstwa na swoje lenistwo i problemy personalne”, było jednym z najbardziej uderzających dokonań organizacji oddolnych w amerykańskiej historii politycznej.

    Połączyła społecznie konserwatywnych katolików, protestantów, muzułmanów, mormonów oraz ortodoksyjnych Żydów, do tej pory nieufne i dalekie obozy, z dziesiątkami tysięcy kobiet zagniewanych na swoich rzekomych obrońców. Zatrzymując tę kolosalną siłę popieraną przez prawie cały polityczny establishment, sprowadziła także ultrakonserwatywną prawicę z marginesu do głównego nurtu torując drogę dla Moralnej Większości lat 80-tych, Tea Party a w końcu Donaldowi Trumpowi – pierwszemu republikańskiemu nominatowi od czasów Reagana, ”który faktycznie reprezentuje przeciętnego amerykańskiego robotnika”.

    „Męska poprawka wolnościowa” argumentowała, zniszczyła prawa kobiet do bycia matkami i paniami domów oraz do łagodnego traktowania przy ciężkich pracach fizycznych. Obowiązkowa równość oznaczałaby pobór do wojska dla kobiet – nawet do jednostek bojowych – wysyłała szydercze upomnienia do legislatorów, którzy nie dostrzegali, jakie to jest tchórzliwe.

    Jej na większą skalę zakrojona walka toczyła się przeciw temu, co nazywała feministycznym zamiarem uczynienia kobiet i mężczyzn zamiennymi. Jej argumenty obejmowały od historycznych (chrześcijański wiek rycerskości) do teologicznych (cześć i szacunek należny Marii). Twierdzenie, że kobiety amerykańskie były tłamszone, było według niej „oszustwem stulecia”, pisała w „Potęga pozytywnej kobiety”, książce wydanej w 1977 r. Jeśli kobiety były niedostatecznie reprezentowane w kongresie, to dlatego, że przeważnie pragnęły robić ważniejsze rzeczy jak posiadanie dzieci. Wolna przedsiębiorczość okazała się bardziej pomocna niż feminizm – sprzęt gospodarstwa domowego położył kres harówce. Przede wszystkim: małżeństwo okazało się dla kobiet najlepszym interesem, jaki kiedykolwiek wymyślono.

    Rozkoszowała się gniewem, jaki wywoływała. W debacie, w 1973 r., Betty Friedman, czołowa amerykańska feministka, nazwała ją „Ciocią Tomem”, dodając, „Chętnie spaliłabym cię na stosie”. Oblewano ją świńską krwią, rzucano w twarz szarlotką i wykpiwano w komiksie „Donnesbury” (który z zadowoleniem oprawiła sobie w ramkę). Jej przeciwnicy uważali ją za arcyhipokrytkę, zamężną za bogatego prawnika, za szczęśliwą utrzymankę, która usiłowała nie dopuścić do przyznania równych praw swoim siostrom. Uważała, że zniewagi są dowodem, że ma rację: jej przeciwnicy byli próżni, nietolerancyjni i pozbawieni argumentów.

    W rzeczywistości Mrs. Schlafly ( nie Ms., które kojarzy się z misery – nędzą) nie była dzieckiem szczęścia. Urodzona w rodzinie ciężko dotkniętej wielkim kryzysem ekonomicznym skończyła koledż pracując ciężko w fabryce amunicji na nocne zmiany testując karabiny maszynowe. Pod jej starannie ułożonymi lokami – niczym klucz wiolinowy, napisał o niej niegrzecznie New York Times – znajdował się niesamowicie wydajny mózg. Został on wycyzelowany stopniem magisterskim w Radcliff uzyskanym w wieku 20 lat; mając 51 lat (po uzyskaniu pozwolenia od swego męża) przeszła jak burza przez szkołę prawniczą.

    Głębszym paradoksem, któremu gwałtownie zaprzeczała, było to, że powstrzymywał ją seksizm w jej własnych szeregach. Polityk mężczyzna z jej umysłem, urokiem, energią, wytrwałością i dorobkiem w postaci ponad 20 książek, z stałą kolumną felietonisty, audycją radiową – z pewnością dostałby pracę w Pentagonie Ronalda Reagana. Ale ona nigdy nie piastowała, ani nie zdobyła urzędu publicznego. Nie żeby jej zależało. Jej największym osiągnięciem jak twierdziła, było wychowanie jej sześciorga dzieci: wszystkie wykarmione piersią wbrew powszechnej modzie owych czasów.

  • BaSz

    Klikam na widoczny na niniejszej stronie odsyłacz do artykułu Młodym Żydom wpaja się nienawiść. Dlaczego? – i… wyświetla się:
    Uuuups … Błąd 404
    Przepraszamy, ale strona której szukasz nie istnieje.

    Nie pierwszy to raz, i niemal zawsze dotyczy jakiegoś, mocno… kontrowersyjnego tekstu. Czyżby to nieznani sprawcy??

  • Ultima Thule

    UWAGA !!! To już NIE SĄ ŻARTY !!! To jest już OTWARTA WOJNA obłąkanych DEBILI z NORMALNYMI LUDŹMI !!!

    Musimy PRZYWRÓCIĆ WŁADZĘ LUDZIOM NAD SWOIMI RODZINAMI !!!

    BACK IN CONTROL !!!

    We are BACK IN CONTROL !
    Force them to SURRENDER !
    Take what is OURS !
    Restore LAW and ORDER !