Wybory w USA. Czy McCain ma szansę wygrać?

Dnia 25 sierpnia rozpocznie się w Denver, stolicy stanu Kolorado, Narodowa Konwencja Partii Demokratycznej. Do tego czasu Barack Obama powinien ogłosić kandydata demokratów na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. John McCain przedstawi oficjalnie swojego kandydata na Narodowej Konwencji Partii Republikańskiej – osiem dni później.

[nice_info]Jesienna kampania będzie pewnie gorąca jak nigdy, bo pojawiły się pierwsze sondaże wskazujące, że McCain przegonił Obamę – czyli w wyścigu do Białego Domu, wbrew przewidywaniom publicystów sprzed kilku miesięcy, każdy wynik jest nadal możliwy.[/nice_info]

W tym tygodniu najczęściej zadawane w Ameryce pytanie brzmi: Who’s gonna be the No. 2 for McCain and Obama? („Kto zostanie nr. 2 dla McCaina i Obamy?). Kampania prezydencka wchodzi w fazę, kiedy kandydat na prezydenta wraz ze swoim sztabem poszukuje polityka nie tyle zdolnego, inteligentnego i utalentowanego, ile raczej dobrze wyglądającego, popularnego i lubianego reprezentanta określonej grupy etnicznej lub klasy społecznej, która może przeważyć szalę zwycięstwa w całym kraju. Sztaby analizują dane demograficzne, przeprowadzają skomplikowane symulacje wyborcze, liczą rozkład głosów i popularność poszczególnych polityków w określonych regionach. W rzeczywistości poglądy polityczne i osiągnięcia danego polityka są drugorzędne.

[nice_info],,Running mate” (kandydat na wiceprezydenta) ma być dopełnieniem medialnym, pokornym manekinem nie wtrącającym się do polityki szefa, pełniącym zadanie wizualnego uzupełnienia postaci pierwszoplanowej.[/nice_info]

Do początku lat 80. XX wieku to konwencja partii decydowała, kto zostanie prezydentem i jego zastępcą. Kandydat na prezydenta proponował swojemu najsilniejszemu rywalowi wspólną walkę o Biały Dom. Tworzyły się w ten sposób bardzo dziwaczne tandemy jak John F. Kennedy i Lyndon B. Johnson, Richard Nixon i Spiro Agnew czy Gerald Ford i Nelson Rockefeller. W tym ostatnim przypadku Gerald Ford doszedł do prezydentury prawdziwym zbiegiem okoliczności, reprezentując raczej środowisko spoza jądra partii.

Żeby umocnić swoją pozycję, zgodził się na wiceprezydenturę Nelsona Rockefellera, który był potężną postacią ze ścisłego kierownictwa GOP i reprezentantem najpotężniejszej i najbardziej wpływowej rodziny Ameryki.

W tegorocznych wyborach pretendent do objęcia urzędu wiceprezydenta zostanie wyznaczony przez kandydata na prezydenta. To zwyczajna nominacja polityczna. Nie oznacza to jednak, że będzie się musiał we wszystkim zgadzać się ze swoim szefem. Wiceprezydent zostaje wybrany w powszechnych wyborach razem z prezydentem. Jego usunięcie z urzędu jest równie skomplikowane jak impeachment samego prezydenta. Jak więc dobrać sobie atrakcyjnego medialnie współkandydata, który nie będzie w przyszłości przejawiał skłonności do nadmiernego ingerowania w pracę administracji?

Istnieje powiedzenie: ,,Wiceprezydent jest w niewładzy, ale od władzy dzieli go jedno uderzenie serca – serca prezydenta”. To powiedzonko nie ukazuje jednak całej złożoności relacji między prezydentem a jego zastępcą. Niektórzy wiceprezydenci byli traktowani jak ozdobna bombka na choince administracji Białego Domu. Tak zapewne się czuł Harry Truman, który był traktowany przez Franklina D. Roosevelta bardziej jak kumpel do pogaduszki o pogodzie niż polityczny wspólnik. Lyndon B. Johnson wyraźnie drażnił swoją obecnością na posiedzeniach rządu prezydenta Johna F. Kennedy’ego i jego brata Roberta.

Gerald Ford był całkowicie odsunięty od wewnętrznych spraw administracji Nixona, a George Bush senior służył podczas konferencji prasowych jako obiekt kpin dziennikarzy, którzy wiedzieli, że najbliżsi współpracownicy prezydenta Ronalda Reagana trzymają wiceprezydenta z daleka od wszelkich spraw wewnętrznych omawianych w Gabinecie Owalnym.

Ale życie różnie się układa, nawet dla prezydenta USA. Zagadkowym zrządzeniem losu wymienieni wiceprezydenci obejmowali w pewnym momencie swojej służby publicznej urząd prezydenta. Mało znany opinii publicznej Harry Truman musiał dokończyć dzieło wojenne swojego poprzednika i podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji, na jakie zdecydował się amerykański prezydent w dziejach. To z jego rozkazu 62 lata temu dwie bomby atomowe zniszczyły Hiroszimę i Nagasaki. Z kolei na pokładzie Air Force One przewożącego trumnę z ciałem zastrzelonego w zamachu Johna F. Kennedy’ego został zaprzysiężony Lyndon B. Johnson, który jeszcze kilka godzin wcześniej był obiektem cichych kpin braci Kennedych.

Jak ogromne musiało być zdziwienie Geralda Forda, lidera Partii Republikańskiej w Izbie Reprezentantów, ale w rzeczywistości drugoplanowej postaci w szeregach partyjnego przywództwa, gdy generał Aleksander Haig przedstawił mu propozycję objęcia prezydentury po Richardzie Nixonie. Należy przy tym pamiętać, że objęcie władzy po swoim szefie była często traumatyczne dla dotychczasowego wiceprezydenta. Harry Truman musiał dokończyć wojnę, ale na zawsze obciążył swoje sumienie tragedią Hiroszimy i Nagasaki. Lyndon B. Johnson odziedziczył po JFK kraj opanowany rozruchami na tle rasowym i zarzewie wojny w Wietnamie, z której nie potrafił się już uwolnić.

Gerald Ford musiał ułaskawić Richarda Nixona, tym samym płacąc polityczną cenę za awans. Większość społeczeństwa amerykańskiego nigdy mu nie darowała uwolnienia Nixona od odpowiedzialności za aferę Watergate.

[nice_info]A kogo wybiorą Obama i McCain? 72-letni weteran wojny w Wietnamie John McCain jest podobno okazem zdrowia. Tak twierdzą ludzie z jego sztabu. Jeżeli zostanie prezydentem, zapewne podda się badaniom, które zostaną opublikowane w dorocznym raporcie o stanie zdrowia prezydenta. Wówczas może wyjść na jaw to, co sztab wyborczy kandydata potrafi skrzętnie ukrywać.[/nice_info]

Jeśli do tego weźmiemy pod uwagę, że prezydentura jest zajęciem bardzo wyczerpującym, to można zaryzykować stwierdzenie, że szanse jego współkandydata na prezydenturę będą rosły z roku na rok.

Do niedawna na narodowych konwencje partii republikańskiej i demokratycznej pełnią rolę ,,koronacji”
kandydata na prezydenta i widowiska pełnego politycznego kiczu i szmiry. Dwie największe partie Ameryki są
ściśle zhierarchizowane. Struktura konwencji przypomina piramidę ważności w partii. Cały parter ogromnych hal konwencyjnych jest upchany szeregowymi delegatami ściągniętymi ze wszystkich zakątków Ameryki.
Zadaniem tych ludzi jest cieszyć się, klaskać i płakać, kiedy na wielkim ekranie pokazywane są łzawe ramoty paradokumentalne o życiu kandydata na prezydenta. Na konwencji nie są potrzebni dyskutanci czy myśliciele. Program partii ustala wierchuszka organizacji – senatorowie, gubernatorzy, kongresmeni, członkowie rządu federalnego, stanowego i wpływowi lobbyści. W czasie gdy partyjna ciżba tłoczy się z transparentami na deptaku sali konwencyjnej, modląc się, żeby nie wysiadła klimatyzacja, przywództwo partyjne świetnie bawi się w okolicznych klubach golfowych lub spożywa ,,nieco lepsze” posiłki w luksusowych, zarezerwowanych dla nich restauracjach. Na konwencji od czasu do czasu pojawia się mówca, wprowadzany tylnym wejściem przez kuchnię. Bywa, że jest to popularny polityk, czasami jakiś aktor, ale może to być równie dobrze kaznodzieja czy gwiazdeczka muzyki pop. Delegaci dostają swoją porcję rozrywki wraz z tanimi napojami sodowymi, jedzeniem typu fast food i morzem kilkucentowych gadżecików z logiem partii i zdjęciami kandydatów. Wszyscy doskonale wiedzą, że swoje poglądy polityczne delegaci mogą wyrażać tylko w jednej formie – aplauzu.

Istnieje tu prawdziwy pluralizm w stylu konwencji naszych rodzimych ruchów politycznych – PO i PiS. Dopuszcza się wolność wyboru, czyli aplauz i zachwyt albo opuszczenie konwencji na swój koszt. Jak powiadała bohaterka filmu ,,Rejs”, pani Mamoniowa: ,,nikt nikogo tu pod pistoletem nie trzyma” – tu można przebywać jedynie z największą przyjemnością. Szeregowi delegaci partii będą z wypiekami na policzkach wspominać w swoich małych miasteczkach i wioskach najdalszych zakątków Ameryki, jak widzieli gdzieś na galerii VIP-ów ponad nimi, z odległości kilkudziesięciu metrów byłych prezydentów, wiceprezydentów, członków Izby Reprezentantów i Senatu czy gwiazdy kina i estrady, które pomachały przez ułamek sekundy w ich kierunku.

Przypomina to trochę kawał o Czukczy, który widział w Moskwie na trybunie przywódców partii. Różnica polega jednak na tym, że amerykańska konwencja jest dopracowanym widowiskiem. Delegaci służą tu za
rozhisteryzowanych klakierów, ale w zamian dostają niezły show. To przekaz telewizyjny jest najważniejszy. Konwencja i jej stylistyka ma wzruszać jak soap opera czy łzawa piosenka patriotyczna. Słowo ,,Ameryka” jest na konwencji wypowiadane niezliczoną ilość razy. Co chwila na trybunie pojawia się ktoś znany, kto powtarza te same sentymentalne pamflety pod adresem kandydata, a w przerwie wystąpień na olbrzymim ekranie pojawia się film o kandydacie.

Film pokazuje kandydata niemal jak świętego – jaki to on skromny, jak ciężkie miał dzieciństwo, jaka w domu panowała bieda i jak on mimo tak strasznych przeszkód dążył ku wielkiemu celowi. W przedostatnim dniu konwencji, kiedy tłum jest doprowadzony do ekstazy, zazwyczaj pojawia się kandydat na wiceprezydenta USA. Ale jedynie łzy w oczach delegatów, pokazywane na zbliżeniach kamer telewizyjnych, oddają nastrój, jaki ogarnia delegatów w czasie zamykającego konwencję przemówienia kandydata na prezydenta.

[nice_info]W tym momencie liczba wypowiadanych banałów rośnie w postępie geometrycznym. Gdyby można nimi było napełniać baloniki, które na zakończenie spadają na armię delegatów, to zapewne hala Narodowej Konwencji Partii Demokratycznej czy Partii Republikańskiej uniosłaby się w przestworza i zniknęła w stratosferze.[/nice_info]

Konwencja będzie ostatnim pokojowym wydarzeniem politycznym w Ameryce do pierwszego wtorku po pierwszym poniedziałku listopada, kiedy Amerykanie wybiorą swojego prezydenta. Po konwencji zacznie się huraganowa ofensywa sztabów obu kandydatów. Przeanalizowane zostaną szczegółowo wszystkie wypowiedzi, głosowania i decyzje polityczne obu pretendentów do Białego Domu. Sztaby będą grzebać w przeszłości i życiu prywatnym swoich przeciwników politycznych. Każda pomyłka intelektualna kandydata zostanie wytknięta i szyderczo wyśmiana w programach rozrywkowych. Druga część uwagi partyjnych planistów będzie skupiona na pozyskiwaniu środków pieniężnych na kampanię.

W czerwcu zeszłego roku John McCain musiał zwolnić dziesiątki pracowników swojego sztabu, ponieważ zabrakło podstawowych środków na prowadzenie kampanii wyborczej. 3 czerwca 2007 roku McCain miał
2 mln dolarów na swoją kampanię i był uznawany z góry za przegranego. A mimo to wygrał nominację swojej partii.

[nice_info]Barack Obama cieszy się zdecydowanie stabilniejszą sytuacją finansową i poparciem amerykańskich przedsiębiorców. Sztab Obamy ogłosił 1 lipca, że ich kandydat posiada 9.544.643 dolary przeznaczone na kampanię wyborczą, czyli niemal dwukrotnie więcej niż John McCain, który na koncie swojej kampanii ma 5.304. 669 dolarów. Te kwoty są zmienne, jednak wyraźnie większe wsparcie Obamy przez świat biznesu jest znamienne. Wall Street sama strzela sobie w stopę. Obama wyraźnie zapowiedział podniesienie niekonstytucyjnego podatku dochodowego dla osób zarabiających powyżej 250 tys. dolarów rocznie[/nice_info]

Istnieje jakieś powszechne oczarowanie Obamą, który w zasadzie nic nie obiecuje – prócz rozdawnictwa
socjalnego i większej grabieży fiskalnej. Z analizy finansowania kampanii wyborczej obu kandydatów wynika, że Barack Obama otrzymuje największe wsparcie ze strony pracowników czterech gigantów rynku finansowego: Goldman Sachs (571.330 $), UBS AG (364.806 $), JPMorgan Chase (362.207 $) oraz Citigroup (358.054 $). Zdumiewa, że najbardziej zagrożeni populistycznymi propozycjami Obamy reprezentanci Wall Street garną się do niego drzwiami i oknami. Czy to nie przypomina czegoś z historii?

[nice_info]Populista zauroczył wielką finansjerę. Czy może być bardziej niepokojący objaw w życiu politycznym najbogatszego państwa świata?[/nice_info]

John McCain otrzymał zdecydowanie mniejsze wsparcie od grupy Merrill Lynch (230.310 $) i Citigroup (219.551 $), których pracownicy najwyraźniej wolą rozdzielić po równo swoje sympatie polityczne.

Tylko raz w historii kandydat na prezydenta zgromadził większe środki na kampanię wyborczą niż Obama.
Był to George W. Bush, który w 2004 roku otrzymał wsparcie w wysokości 10.852.696 dolarów. Jeżeli Barack Obama utrzyma swoje tempo uzyskiwania wsparcia finansowego, to w październiku będzie mógł narzucić McCainowi tempo wydatków, które zadławi kampanię kandydata republikanów.

[nice_alert]Nowości w księgarni:[/nice_alert]

»Agata« Anatomia manipulacji (Terlikowski, Najfeld): „Polowanie z nagonka” – tak najkrocej (choc niewatpliwie dosc dosadnie) okreslic mozna zaangazowanie Gazety Wyborczej” w sprawe Agaty”. Celem tego medium (oraz innych je wspierajacych) byla od poczatku aborcja. I nie mialo znaczenia, ze nie chciala jej dziewczynka, brana rzekomo w obrone przed „radykalnymi” obroncami zycia. Prezentujemy odwaznie napisana ksiazka dwojki katolickich publicystow, ktora szczegolowo omawia manipulacje srodowiska GW.

Ekonomia wolnego rynku – tom 3 (Murray N. Rothbard): Ostatni tom wiekopomnego dziela Murraya Rothbarda (Man Economy and State). Jest to jak dotad jedyny podrecznik ekonomii wolnorynkowej na rynku polskim!

Ludobojstwo dokonane przez nacjonalistow ukrainskich (Tom I oraz Tom II): Monumentalna praca o ludobojstwie ukrainskim na Wolyniu w okresie II wojny swiatowej jest jakby woluminem w nieistniejacym, wielotomowym dziele o caloksztalcie ludobojstwa na Polakach w tamtych latach. Znaczenie przygotowanej pracy jest olbrzymie i to z punktu widzenia zarowno naukowego jak i politycznego. Stanowic bedzie rzeczowa, oparta na faktach, konkretna podstawe do dalszych rozwazan

Zachęcamy do złożenia zamówienia!

[nice_info]UWAGA: Przedruk artykułów (w całości lub części) z działu „numer bieżący” oraz „ważne”, jest możliwy jedynie: a) za podaniem klikalnego źródła b) tylko w niezmienionej formie: artykuł + informacje poniżej artykułu np. o ewydaniu, nowych publikacjach w sklepie, itp.[/nice_info]

1 KOMENTARZ

Comments are closed.