Wozinski: Mój libertariański Kościół

Libertarianizm byłby niemal niemożliwy, gdyby nie Kościół katolicki. Co prawda godne uwagi zalążki teorii wolności pojawiły się już w chińskim taoizmie oraz w greckiej filozofii, ale prawdziwe podwaliny organizacyjno-filozoficzne uzyskała ona dopiero od Kościoła. Nie oznacza to oczywiście, że Jezus był tak naprawdę libertariańskim działaczem – takie stwierdzenie byłoby równie obrazoburcze jak nazywanie Go socjalistą. W świetle libertarianizmu istotne jest tylko to, że to właśnie od Jezusa bierze początek wspólnota ludzi, którzy mieli przykazane dystansowanie się od zastanych struktur społecznoprawnych. Wedle katolickiego nauczania, civitas Dei ma dystansować się od ziemskiej organizacji państwowej, którą założył bratobójca Kain. Nie chodzi tu bynajmniej o budowanie struktur mających za zadanie bezpośrednie obalenie istniejącego ustroju, ale o pełnienie swojej misji bez względu na panujące warunki. Podczas gdy pochodząca od diabła organizacja państwa zmienia swoje oblicze, Wspólnota Apostolska od wieków nieodmiennie trwa przy tych samych moralnych pryncypiach. Potomkowie Kaina co jakiś czas zmieniają swe upodobania – czasami wymagają kultu cezara, czasami uszanowania władzy tyrana jako pochodzącej od Boga, a jeszcze kiedy indziej wymuszają kult demokracji. Wobec bałwochwalstwa członków Lewiatana Kościół zawsze zachowuje ortodoksję.

Integryzm

Dzieje wolności cywilizacji Zachodu to w sporej mierze dzieje emancypacji Kościoła spod władzy świeckiej. Najbardziej chlubnym okresem niezależności Kościoła, co zresztą przeniosło się na wolność całej cywilizacji, był czas wdrażania reform przygotowanych w opactwie Cluny i wprowadzanych w życie m.in. przez papieża Grzegorza VII (1073-1085). Już wcześniej Leon IX (1048-1054) zwalczał symonię oraz obsadzał ważne stanowiska reformatorami z Cluny. Dzięki zapałowi reformatorów kolejny papież, Stefan IX (1057-1058), rządził nawet bez cesarskiej ratyfikacji. Szczyt niezależności przypadł na pontyfi kat Grzegorza VII, który potępił inwestyturę pod groźbą ekskomuniki. W okresie tym Kościół wybił się na niespotykaną dotychczas od czasów apostolskich niezależność, której brakowało w czasach rzymskich i karolińskich. Cesarze, Merowingowie oraz Karolingowie trzymali bowiem Kościół pod ścisłą kontrolą. Ich scentralizowane państwa, szczególnie wczesnośredniowieczne, manipulowały duchownymi do woli. W ich potężnych rękach ludzie Kościoła byli jedynie marionetkami posłusznie spełniającymi wolę władców. Ponad dwustuletni okres względnej wolności i niezależności Kościoła znalazł swój kres w niewoli awiniońskiej (1309-1377). Od tego czasu civitas terrena nieustannie sięga do najgorszej tradycji prześladowań Kościoła z czasów Dioklecjana czy właśnie króla Francji Filipa Jasnego. Co jakiś czas zdarzają się Kościołowi okresy restauracji swej niezależności, ale np. dziś jest to bardzo utrudnione z racji panującego na naszym kontynencie od prawie stu lat miękkiego totalitaryzmu. Biorąc pod uwagę zakres współczesnego nam pełzającego komunizmu, możemy powiedzieć, że sojusz ołtarza z tronem jeszcze nigdy nie był tak silny jak dzisiaj. Zniewolone przez demokrację umysły hierarchów nie są w stanie znaleźć dla Kościoła prawdziwej niezależności. Specyfika dzisiejszych czasów jest taka, że władza nie musi nawet dobierać sobie biskupów. Oni sami lgną do ideologii praw człowieka i demokracji, zamiast dystansować się od popierania jakichkolwiek form władzy.

Prawdziwego kapłana kontakty z władzą powinny raczej brzydzić niż pobudzać do działania. Powtórzmy: siła Kościoła bierze się nie stąd, że bierze udział w życiu państwa, ale z jego wycofania w stronę własnej posługi. Dlaczego więc zwolennicy tzw. Kościoła otwartego głoszą wszem i wobec pochwałę demokracji, Unii Europejskiej, tzw. katolickiej nauki społecznej, rozmaitych deklaracji praw człowieka czy wreszcie zakładają wydziały teologiczne na państwowych uczelniach? Oddanie cesarzowi tego, co cesarskie, nie oznacza przecież popierania samego cesarza. Zamiast więc agresywnego sojuszu z tronem w wykonaniu ks. Tischnera, abp. Życińskiego czy wreszcie ks. Rydzyka, powinniśmy wymagać od duchownych dystansu wobec spraw państwa w duchu św. Franciszka z Asyżu, nota bene żyjącego w okresie po reformach Cluny.

Hierarchowie kościelni powinni zniknąć z tzw. publicznej debaty, bo dzisiaj uczestnictwo w niej oznacza współdecydowanie o kształcie państwa.

Laickość – wynalazek Kościoła

Dzika z nienawiści do Kościoła lewica zapomina nieraz, dzięki komu jej postawa – odrzucenie religii – stała się w ogóle możliwa. W całej historii cywilizowanego świata dopiero Średniowiecze pozwoliło wykształcić kategorię świeckości. Prawdopodobnie gdyby nie ono, nadal krytyka religijności jako takiej byłaby niemożliwa. Formułując prawo kanoniczne, uczeni z Uniwersytetu w Bolonii stworzyli nowożytne rozumienie osoby, która także przy braku wiary może uzyskać autonomię w społeczeństwie. Nie sposób pominąć tu racjonalnej filozofii św. Tomasza z Akwinu, która z całą stanowczością wykazała, że Bóg nie jest przedmiotem obecnym w ludzkiej myśli bezpośrednio. Dotychczas osoby nie podzielające jakiegokolwiek kultu były skazywane na społeczny niebyt. Jako że religia tworzy niesamowicie silny instrument społecznego oddziaływania, można w powyższym fakcie upatrywać jednego z kamieni milowych wolności. Nic tak bowiem nie wzmacnia władzy państwowej jak fundament w postaci przekonań religijnych. Jeśli podatkowy przymus znajduje uzasadnienie w wyznawanym kulcie, władca ma władzę zapewnioną na lata. Tak właśnie przez wiele lat po upadku reform z Cluny członkowie Kościoła w haniebny sposób zapisali się na kartach historii, jako zwolennicy nieograniczonej władzy króla. Dynastie Stuartów i Burbonów rządziły, mając oficjalne namaszczenie hierarchów Kościoła. Tak właśnie kończą się jakiekolwiek próby bałwochwalczej admiracji dla ziemskiego państwa.

Kres średniowiecznego wzlotu Kościoła widać także na przykładzie samej jego organizacji. Wspaniale zdecentralizowany poprzez sieć uniwersytetów, biskupstw i opactw, w latach zaczynających Odrodzenie Kościół zaczął się skupiać wokół jednego ośrodka. Papiestwo, zdominowane przez zamożne, makiawelicznie usposobione rody władców państw włoskich, zaczęło „małpować” grzeszne civitas terrena. Będąc w Średniowieczu „jednym z wielu”, Rzym w późniejszych latach stał się twierdzą władzy świeckiej. Uprzednio złamawszy państwowy przymus religijny, Kościół zdążył jednak na wieki otworzyć perspektywę wolności od władzy ogółu.

Społeczny partykularyzm – jeden z filarów libertarianizmu – jest właśnie historycznym dorobkiem Kościoła. Myśl świecka od zawsze widziała człowieka jako zoon politikon, jako narzędzie działania kolektywu. Odwieczny argument o boskim pochodzeniu podatków został dopiero dzięki kulturze katolickiej usunięty w cień.

To, co powinno być bez względu na to, co jest

Jak już wspominałem, Kościół nigdy nie miał za zadanie obalenia władzy spadkobierców Kaina. Jego rolą było
niezależne trwanie we własnej wspólnocie aż do momentu paruzji – powtórnego przyjścia Chrystusa. Jednak bardzo szybko jasne się stało, że nauka Syna Bożego w wielu punktach jest nie do pogodzenia z panującymi zwyczajami oraz prawem. Dla chrześcijan nie do zaakceptowania były: instytucja niezasłużonego niewolnictwa, rzymiańska rozwiązłość seksualna czy też zmuszanie do składania hołdu cesarzowi. Jak pokazuje historia, krok po kroku chrześcijanom udało się w końcu przełamać gnębiące ich społeczne prawa. Obok konkretnej wolności zdobytej w ten sposób, postawa Kościoła miała także wymiar symboliczny – ludzkość uświadomiła sobie perspektywę praw naturalnych. Dzięki niezłomności moralnej dręczonych na śmierć wyznawców Chrystusa pojawiło się wśród Rzymian ogromne zdziwienie i podziw. W ten właśnie sposób rodził się obecny jeszcze w naszej cywilizacji duch libertariański – duch sprzeciwu wobec rzeczywistości w imię rozumu.

Błędem jest nazywanie Kościoła organizacją reakcyjną. Tym bardziej konserwatywną. Kościół nie powinien być obecny na płaszczyźnie władzy, to nie jest jego środowisko. Niosąc przez dzieje Arkę Przymierza, ma za zadanie po prostu czynienie tego, co nakazał mu Bóg. Paradoksalnie jednak owo „czynienie swojego” ma kapitalny wpływ na środowisko społeczne Kościoła. Opiekując się chorymi, Kościół – poprzez zakon joannitów – dał początek instytucji szpitala. Przygarniając biednych i dając opiekę wędrowcom, system klasztorów stworzył podstawę tego, co nazywamy dzisiaj działalnością charytatywną. Kształcąc na swój użytek duchownych, stworzył instytucję uniwersytetu. Wszystko to złożyło się na wielki, niepaństwowy fundament cywilizacji zachodu. Byłoby to niemożliwe, gdyby nie radykalne zdystansowanie się od zastanej rzeczywistości. O wiele bardziej pasuje zatem do Kościoła określenie „rewolucyjny” niż „reakcyjny”.

Dla Kościoła w Polsce podstawową barierą w wypełnianiu posługi jest jego zaangażowanie w tzw. „sferę publiczną”. Ta natomiast jest zdominowana przez Lewiatana. Kościół powinien walczyć jedynie o oczyszczenie życia społecznego z wpływów potomków Kaina. W tym celu należałoby zająć się działalnością charytatywną, edukacyjną oraz naukową, a kiedy zachłanna dłoń państwa zechciałaby naruszyć jego autonomię, powiedzieć stanowczo „nie”. Tak jak niegdyś, odmawiając oddania religijnego hołdu cesarzowi, zrobili to pierwsi chrześcijanie…

(źródło: NCZ! 2009)