Wielomski: Jak lewica zawłaszczyła ekologię

Po jednym z moich niedawnych tekstów na łamach „NCz!” – dotyczącym paraolimpiady i wypowiedzi JKM w tej kwestii – spotkałem głosy, że moja krytyczna o parasporcie wypowiedź wynikała jedynie z chęci zanegowania ideologii lewicowej, a przecież nie powinniśmy się ograniczać wyłącznie do negacji tego, co rzecze lewica. Dlatego nie powinniśmy krytykować czy to paraolimpiad czy ekologii.

Oczywiście zgadzam się z tym twierdzeniem. Gwoli ścisłości zresztą, parasportu sam także nie krytykowałem, a jedynie fakt, że został zaprzęgnięty do ideologicznego rydwanu „postępowców”. Jeśli konserwatyzm polegałby wyłącznie na negacji tego, co pisze i mówi lewica, to byłby absurdalną wizją świata i nie różniłby się niczym od wizji Donalda Tuska, który pozycjonuje się bezustannie jako „nie-Kaczyński”, oraz Jarosława Kaczyńskiego, wiecznie ustawionego jako „nie-Tusk”. Konserwatyzm jest afirmatywną wizją świata, a nie krytyczną. Krytyka zawsze była domeną rewolucjonistów, którzy chcieli poprawiać świat stworzony przez Boga.

Dlatego w krytyce paraolimpiad czy ekologii nie chodzi wcale o krytykę tych idei, a jedynie o towarzyszącą im emancypacyjno-lewicową narrację, w jakiej są nam codziennie serwowane przez media. Myślę, że ekologia jest tutaj znakomitym przykładem.

Trudno znaleźć sferę bardziej pierwotnie konserwatywną, która dziś zostałaby tak bardzo zawłaszczona przez lewicę. Przecież ojcowie konserwatyzmu – wszyscy, dosłownie co do jednego – byli „ekologami”. Naczelną ideą konserwatyzmu jest szacunek dla natury, bardzo szeroko pojętej. W pojęciu tym mieści się prawo naturalne, porządek naturalny (czyli hierarchiczny i uwieńczony monarchią), jak i naturalne otoczenie człowieka. Wszyscy myśliciele prawicowi XIX stulecia, a po części i XX, byli wyraźnie zniesmaczeni procesami industrializacji, budowy wielkich miast, dróg i rozbudowy tego wszystkiego, co niszczy naturalne środowisko. Ich wyśnionym rajem nie było śmierdzące, głośne i pełne fabrycznych oparów miasto – w którym prym wiedli liberałowie i marksiści – lecz kolorowa, pachnąca i jak najbardziej naturalna wieś. Niektórzy z nich uważali nawet, że przestraszone odgłosami kolei kury przestaną znosić jajka, czyli istniała silna opozycja pomiędzy tym, co naturalne, a tym, co nowoczesne i przemysłowe.

W Niemczech konserwatywna opozycja wobec procesów uprzemysłowienia – traktowanych dziś jako antyekologiczne – wyrażała się m.in. w ruchu naturystycznym, który pierwotnie miał charakter nawet nie tyle konserwatywny, co wręcz reakcyjny. Był protestem naturalnego ciała przeciwko nienaturalnemu środowisku miejskiemu.

Tymczasem w drugiej połowie XX wieku lewica całkowicie przejęła z rąk konserwatystów idee ekologiczne i podała je we własnej narracji, łącząc je z takimi, które z autentyczną ekologią nie mają nic wspólnego. Przegląd programów partii ekologicznych i wypowiedzi ich liderów wskazuje, że pod ogólnym hasłem „obrony przyrody” znalazło się tu masę haseł lewackich, a w dodatku antyekologicznych. Właściwie wszystkie partie „zielonych” są dziś skierowane przeciwko życiu. A wszak to idea antyekologiczna. Ekolog, zwolennik natury, winien być przeciwnikiem techniki in vitro, gdyż jest to gwałt na naturze; winien być przeciwnikiem aborcji, gdyż nie ma nic bardziej nienaturalnego niż grzebanie w kobiecym ciele za pomocą metalowych narządzi; winien być przeciwnikiem eutanazji, gdyż usypianie chorych ludzi jest kontrnaturalne. Z natury kobieta zajmuje się domem, rodzi i wychowuje dzieci. Jakim więc cudem partie ekologiczne głoszą hasła feministyczne, zadając gwałt naturze rzeczy? Gdy patrzę na tzw. ekologów, to widzę ludzi, którzy daliby się pokroić za ochronę żab pod Suwałkami czy Brukselą, ale nie mają nic przeciwko temu, aby dzieci w kobiecych brzuchach były masowo mordowane za pomocą pigułek wczesnoporonnych.

Trudno nie nabrać podejrzenia, że mamy tutaj do czynienia ze sprytnymi, skrajnie lewackimi aktywistami i ideologami, którzy atakują tradycyjną i „ekologiczną” kulturę za pomocą brutalnej inżynierii społecznej. Wystarczy przykryć ten atak obroną komarów czy chrząszczy i cały świat odbiera ich partię jako „ekologiczną”, mimo że popiera ona faszerowanie kobiet jak najbardziej sztucznymi pigułkami. Szerzej: ekologizm stał się dziś jedną z ideologii frontalnego ataku na kapitalizm, wolny rynek i własność prywatną pod hasłami socjalizmu i egalitaryzmu.

Nie chodzi o to, że dla postawienia fabryki trzeba wyciąć 500 drzew, lecz o to, że będzie tam kapitalista, który żyje z „wyzysku”. Czy znaczy to, że konserwatysta winien potępiać bezrozumnie wszelkie idee ekologiczne? Absolutnie nie. Ja jestem ekologiem: żyję na wsi i chodzę z moim jamnikiem do lasu na spacer. Jem pomidory z mojego ogródka. Ciekawe, kiedy ostatnio takie pomidory jadł przeciętny aktywista ekologiczny wiszący cztery dni na drzewie w obronie chrabąszczy czy komarów. Powiedzmy sobie brutalnie: przeciętny „ekolog” to młody człowiek z wielkiego miasta, który krowę i świnię zna tylko z obrazka, a wszelkie znane mu pomidory wyrosły na sztucznych nawozach. W lesie nie odróżnia prawdziwka od podgrzybka. Co on wie o ekologii? Tyle, ile naczytał się w lewackich pisemkach i książkach, wydawanych i pisanych przez takie same miejskie stworzenia jak on sam, które las znają tylko z obrazków.

Naszym celem nie jest więc walka z ekologią, tylko z lewactwem, które się dziś za „ekologów” podaje. Naszym celem jest tedy stworzenie konkurencyjnej narracji ekologicznej, gdzie elementem przyrody będą nie tylko drzewa, mchy i sarny, lecz także tradycyjny model rodziny oraz naturalna hierarchia społeczna. Pod tym ostatnim pojęciem rozumiem sytuację, gdy lud nie będzie rządził, lecz będzie sprawnie rządzony. Musimy oddzielić od postulatów ekologicznych te antywłasnościowe, aborcyjne i feministyczne. Ich miejsce jest na ideologicznym śmietniku. Ekologiczne jest to, co jest tradycyjne, czyli stworzone przez Boga i zapisane w naturze.

Przeczytaj również: Wielomski: Naloty dywanowe marksistów na Korwin-Mikkego