Bogdan Zdrojewski, minister kultury i dziedzictwa narodowego, podpadł Salonowi. Podwładny Donalda Tuska ośmielił się nie przyznać „Kulturze Liberalnej” resortowej dotacji na „prowadzenie czasopisma w 2013 roku”. Wartość merytoryczna tekstów publikowanych w internetowym tygodniku „została uznana za niską”. Zakwestionowano także „różnorodność poruszanych w nim tematów, wreszcie podważono kompetencje redakcji w prezentowaniu problematyki związanej z różnymi dziedzinami kultury”. Tygodnik odwołał się od decyzji ministerstwa a na swojej stronie opublikował list otwarty w obronie państwowej synekury (tutaj). Pod wnioskiem o ponowną – tym razem rzetelną – ocenę „Kultury Liberalnej” i wsparcie „tego wyjątkowego projektu kulturalnego” podpisały się takie tuzy jak Adam Michnik, prof. Jan Tomasz Gross (wraz z małżonką), prof. Jan Hartman, prof. Jerzy Hausner, Agnieszka Holland, prof. Magdalena Środa, prof. Adam Rotfeld itd. Niektórzy oprócz zgody na wykorzystanie swojego nazwiska w charakterze taranu do resortowego skarbca zdecydowali się nawet rzucić w medialny eter kilka słów. – To jedno z tych czasopism, których głos w publicznej debacie jest bardzo istotny. Z całą pewnością zasługuje na finansowe wsparcie od państwa – stwierdził Jacek Żakowski na portalu natemat.pl.

Zakładamy, że wsparcie tak doborowego towarzystwa przesądza sprawę i Bogdan Zdrojewski posypie głowę popiołem. Prof. Zbigniew Mikołejko zasugerował nawet ton, w który minister mógłby uderzyć bijąc się w piersi. – Niestety z reguły tego typu oceny (czy pismo jest wystarczająco merytoryczne, aby otrzymać zapomogę od podatników – dop. red.) wydają osoby zupełnie przypadkowe, oddelegowane do tego zadania z urzędniczego klucza – stwierdził na portalu Tomasza Lisa.

Zakładając, że Bogdan Zdrojewski pokornie wypnie pierś i pozwoli przyssać się „Kulturze Liberalnej” do państwowego cycka trzeba postawić dwa pytania.

Michalkiewicz. The Movie

Po pierwsze czy portfele podatników to faktycznie właściwe miejsce do szukania pieniędzy na działalność prywatnego wydawnictwa? Naszą odpowiedz Państwo znacie więc jako ciekawostkę przytoczymy pogląd publicysty i komentatora „Polityki”, „Gazety Wyborczej”, radia „TOK FM” a także – od czasu do czasu – TVN. Zdaniem Jacka Żakowskiego „ci, którzy uważają, że państwo nie powinno finansować kultury, są wyznawcami prymitywnego darwinizmu społecznego”. „Obieg myśli” jest „podstawą społeczeństw i wymaga wsparcia”. Rozumieją to „nawet państwa o bardzo liberalnej polityce gospodarczej, takie jak USA”, które „wspierają finansowo media”. Żałujemy, że p. Żakowski nie pokusił się o doprecyzowanie, czy na orbicie myśli, które państwo powinno finansować krążą również te zawierające budulec społeczny inny niż lewicowy… Można także zapytać czy p. Żakowski – wraz z innymi sygnatariuszami „Listu otwartego w sprawie nieprzyznania dotacji Kulturze Liberalnej” – wyjął parę groszy z portfela i objął prywatnym mecenatem przedsięwzięcie, dzięki któremu „polska kultura śmiało wkracza w epokę cyfrową”?

W kontekście omyłkowego (?) nieprzyznania dotacji pismu, drugie pytanie wydaje się istotniejsze. Dlaczego tygodnik, który w swoim tytule wprost odwołuje się do liberalizmu, domaga się państwowej dotacji? Innymi słowy co to za liberałowie, którzy zamiast polegać na hojności „20 tys. osób, które miesięcznie odwiedzają stronę tygodnika” („Kultura Liberalna” to tygodnik internetowy) budują swoją „unikalną platformę intelektualnego dialogu międzynarodowego i międzypokoleniowego” z pieniędzy podatników? Odpowiedz na to pytanie znajdziemy w innej, cytowanej już na nczas.com w kontekście sporu o związki partnerskie, publikacji „Kultury Liberalnej”.

Na początku lutego redakcja periodyku wydała oświadczenie w sprawie rzekomo „radykalnego”, „pełnego pogardy”, „zasługującego na potępienie” języka jakim Tomasz Sommer miał się posłużyć na antenie „Polsat News” komentując pomysł wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji związków partnerskich (streszczenie rozmowy, którą redaktor naczelny NCZ! odbył z Łukaszem Pawłowskim, dziennikarzem „Kultury Liberalnej”, można znaleźć tutaj). W oświadczeniu rozbawiło nas zwłaszcza wezwanie do de facto ograniczenia wolności słowa w imię „szacunku do drugiego człowieka”. Zastanawialiśmy się wtedy jak można mieć w swojej nazwie słowo „liberalna” i równocześnie chcieć sprowadzić dyskurs publiczny (zwłaszcza ten odbywający się „w środku dnia, w ogólnopolskim kanale informacyjnym”) do takiego, który tylko im odpowiada?

Odpowiedzi na tę zagwozdkę dostarczył nam manifest tygodnika (tutaj). Napięcie między tradycyjnym znaczeniem słowa liberalny (skierowany na wolność) a jego nowym – w mojej ocenie postulowanym przez „Kulturę…” – desygnatem (walczący z wolnością) znika, jeśli ten pierwszy liberalizm nazwie się… „przedpotopowym” i „prymitywnym”!

W tym dialektycznym kluczu można także rozpatrywać problem obdarcia współczesnego (czyli nieprymitywnego) „liberalizmu” z postulatów wolnorynkowych. Widać to doskonale na przykładzie partii politycznych, które wprost (w nazwie) lub pośrednio (w programie politycznym) odwołują się do liberalizmu choć z wolnorynkową ekonomią nie mają zwykle nic wspólnego. Jak czytamy w rzeczonym manifeście „błędem było zafiksowanie się na jednym, 'przedpotopowym’ rozumieniu liberalizmu. (…) Od czasów Smitha i Milla co nieco w liberalizmie się wydarzyło. Szczególnie polskim – to choćby zasługi m.in. środowiska „Przeglądu Politycznego”, Wojciecha Sadurskiego czy Andrzeja Szahaja, którzy od lat starają się pokazać na przykładach, że liberalizm ani nie zaczyna się, ani nie kończy na dziełach Miltona Friedmana, ba, nawet potrafi je odrzucać”.

Tak więc nowoczesny liberalizm „Kultury…” jest zafiksowany na związkach partnerskich (por. tekst T. Sommera) zamiast na wolnym rynku; brzydzi się „prymitywnym darwinizmem społecznym” i dlatego chętnie sięga do kieszeni podatników. Niestety Państwo – jako Czytelnicy strony, która kultywuje przedpotopowy i prymitywny liberalizm – już wkrótce, za sprawą Bogdana Zdrojewskiego, możecie zostać mecenasami tego nowego liberalizmu…