REKLAMA

Trzeba zrobić lustrację naszych sił, bo pojawia się nowa szansa dla prawicy. Wzbiera jakaś fala, kryzys w Europie się potęguje, w USA sytuacja coraz bardziej patowa: Kongres i Biały Dom się szachują, większość gubernatorów stanowych nastawiona jest buntowniczo do obecnego prezydenta. W Polsce coraz więcej obywateli ma dość obecnych rządów. Kto na tym zyska, to inna sprawa. Do rotacyjnej zmiany u steru przyzwyczaiło się PiS. Partia Przyjaciół Palikota rozpływa się, postkomuna przebiera nogami, komuna odgraża się manifami i tolerancjonizmem genderowo-feminazistowskim.

Na prawicy jest potencjał, ferment, gniew, ale czy uda się to jakoś zorganizować? I nie zależy to przede wszystkim od ogólnoświatowej sytuacji, gdzie amerykański hegemon wycofał się do swego matecznika i pomniejsi w związku z tym szaleją regionalnie. Nie zależy też głównie od kryzysu Unii Europejskiej. Zależy od idei, woli, organizacji i środków – przede wszystkim w kraju, chociaż i Polonia może trochę pomóc.

REKLAMA

Idea jest prosta. Prawica popiera zharmonizowane ze sobą wartości: wiarę, rodzinę, tradycję, własność prywatną i wolność jednostki. Wartości te kwitną najlepiej w systemie wolnościowo-konserwatywnym. Ponieważ jesteśmy Polakami, zajmujemy się głównie sprawami polskimi w polskim środowisku i w ramach obecnie istniejącego państwa polskiego (a robiliśmy to nawet jak go nie było, pod zaborami). W tym sensie jesteśmy nacjonalistami, chociaż naturalnie nacjonalistami jagiellońskimi. To nie krew, nie pochodzenie, a deklaracja przynależności i pozytywne podejście do pięciu wymienionych wyżej wartości determinują polskość.

Wiemy też, że człowiek jest wolny, a jeśli chce, to z wolnej woli poddaje się jedynie Chrystusowi. Jednocześnie bierze na siebie z wolnej woli odpowiedzialność za siebie i rodzinę, ale również za sąsiedztwo i naród. Narzuca sobie samemu obowiązki czy też siłą woli przyjmuje je z pokorą – wobec słabszych i bardziej potrzebujących. Bóg pobłogosławił nam bardziej, wobec tego mamy obowiązki wobec innych, musimy im pomagać – dając wędkę, a nie rybę. A naturalne jest, że staramy się też propagować wśród innych nasze wartości, szczególnie że doświadczenie historyczne jednoznacznie pokazuje ich potęgę i korzystny wpływ na rozwój narodu. Tak uzbrojeni przeszłością stąpamy twardo w teraźniejszości i patrzymy śmiało w oczy wyzwaniom przyszłości.

W związku ze wzbierającym kryzysem kultury, polityki i społeczeństwa widać niestety jednak odchodzenie od zasad indywidualnej wolności, jak również od zasad wolnego rynku. Przybierają na sile postawy kolektywistyczne, a więc solidarystyczne i narodowe. Właśnie myśl, a może bardziej poczucie narodowe na prawicy wzrasta. Jest moda na neoendecję, szczególnie wśród młodych. Tylko nie ma zgody co do tego, jaka ma być ta neoendecja. Walka tu idzie głównie na poziomie intelektualnym. Mózgi zmagają się o poparcie dołów, które w tej chwili wygenerowały spontanicznie i oddolnie taki narodowy sentyment.

Opcja wolnościowa wskazuje, że nacjonalizm polski może czerpać z tradycji wolnorynkowej, wśród której miał wielu przedstawicieli. Wolnościowcy mają nadzieję zmobilizować i zmajoryzować intelektualnie elektorat narodowy. Część wolnościowców o nastawieniu narodowym uważa jednak, że należy porzucić demokrację jako niewydolną, wręcz jako rozsadnik patologii, sprzyjający ideologii dyktatury przyjemności i tolerancjonizmu.

Zgadza się z tym część konserwatystów i nacjonalistów, ale szczególnie postmoczarowska chamokomuna, która szczwanie wepchała się w narodowy kalejdoskop. Teraz pieje pochwały etatyzmu i stara się przyhołubić zwolenników odgrzewaniem antyżydowskości. Hasła takie są chwytliwe, również wśród młodzieży. Jest to głównie wynikiem propagowanej przez opcję „postępową” i tolerancjonistyczną wywołującej wymioty politycznej poprawności, która nakazuje hołubić wszelkie mniejszości, a żydowską wywyższać ponad wszystkie, instrumentalnie traktując Holokaust jako narzędzie poniżania Polaków i deprecjonowania polskości poprzez wmawianie wszystkim polskiej odpowiedzialności za narodowo-socjalistyczne niemieckie ludobójstwo na Żydach.

Hasła antyżydowskie jednak starają się skryć tradycyjny serwilizm chamokomuny i jej postpeerelowskich satelitów wobec post-Sowietów. Na kolanach przed Moskwą jest ich ulubioną pozycją. Inni konserwatyści i większość wolnościowców to tymczasem ludzie otwarci na rozmaite kombinacje w polityce zagranicznej, w tym i na opcję prorosyjską, ale tylko i wyłącznie jeśli służy to nadrzędnemu interesowi polskiemu. Nie interesuje ich klientyzm. Ani wobec Moskwy, ani wobec Berlina, Brukseli, czy Waszyngtonu.

Młodych, zbuntowanych też on nie interesuje. Stąd chamokomuna ma spore kłopoty wśród najdynajmiczniejszej części dołów narodowych i patriotycznych, bowiem postmoczarowcy programowo i tradycyjnie zwalczają pamięć o Żołnierzach Wyklętych – tych, którzy bili się przeciw dwóm wrogom: III Rzeszy i Związkowi Sowieckiemu oraz ich tubylczym plenipotentom. Ponadto chamokomuna głosi etatyzm (czasami nieostrożna i pewna siebie posuwa się tak daleko, że chwali nadal komunistyczną Kubę – co wynika też z programowego antyamerykanizmu). Państwo ma być najważniejszym ich punktem odniesienia. Chamokomuna nienawidzi inicjatyw oddolnych i sprzeciwia się powstawaniu autentycznego narodowego ruchu obywatelskiego. Postmoczarowcy i ich rozmaici satelici chcieliby stłamsić takie inicjatywy jako „anarchoprawicowe” (czytaj: wolnościowe i konserwatywne). To nonsens. Bez samozorganizowanych dołów nie ma prawicy – jest totalitarny monolit. A taki cel można osiągnąć tylko przez państwo, czyli dalszy ciąg PRL, w którym chamokomuna tak świetnie pływała.

Większość konserwatystów i wolnościowców z tym etatystycznym programem się nie zgadza. Zupełnie świadomie angażują się oni w budowę klubów, środowisk, organizacji i instytucji kulturowych, społecznych i intelektualnych, które są alternatywą zarówno wobec biurokracji państwowej, jak i szeregu subsydiowanych przez podatnika (dojonego przez państwo i Unię Europejską) rozmaitych organizacji „pozarządowych”, których celem jest propagowanie dyktatury przyjemności, multikulturalizmu i tolerancjonizmu. Nie ma wyjścia. Musimy temu molochowi przeciwstawić własne siły.

A na prawicy jak zwykle mozaika partii, układów, grup, ugrupowań, bytów wirtualnych. Te ostatnie to nie tylko kanapy, lecz przede wszystkim rozmaite portale internetowe, listy dyskusyjne i blogi – prawicowe, narodowe, konserwatywne, patriotyczne, religijne. Jest to całe uniwersum – zdecentralizowane, pluralistyczne, nieokiełzane. Niektóre wyspecjalizowane, niszowe, inne ogólnotematyczne, powierzchowne. Są łagodne, są i ostre. Integralne i eklektyczne. W zależności od temperamentu. Powielają się z szybkością światła za pomocą e-maili, SMS-ów, Twittera, Youtube, Facebooka i innych mediów społecznościowych. Kłócą się między sobą, naturalnie, ale też prezentują dość zjednoczony front wobec sił „postępu”.

Sztormy wirtualne mogą zarówno mobilizować (vide spontaniczne zwołanie się młodych tłumów po śmierci Jana Pawła II), jak i demobilizować. Blogowanie przypomina często sejmikowanie. No ale jest alternatywą wobec mediów mainstreamowych. Prawicowe portale historyczne w najlepsze konkurują z oficjalną propagandą postpeerelowską i postmodernistyczną, chociaż naturalnie przeginają w swoją stronę, często bardzo emocjonalnie, co obniża ich wartość naukową, a więc i poznawczą dla niezaangażowanego internauty. Naciśnięcie guzika „forward” („podaj dalej”) dla wielu stanowi wyczerpanie aktywności patriotycznej, prawicowej. To prawda, że sentyment krąży w duchu cyberprzestrzeni, ale nie wynikają często z tego konkretne akcje. A więc para w gwizdek. Choć nie zawsze.

Wystarczy przyjrzeć się rozmaitym środowiskom prawicowym czy potencjalnie prawicowym, które łączy internet w czyn. Najbardziej widoczny i popularny jest współorganizowany przez narodowców, w tym i narodowych radykałów, marsz w Święto Niepodległości oraz rozmaite imprezy dotyczące Żołnierzy Wyklętych. Samoorganizacja kibiców na tym polu wywołuje wielkie wrażenie. Pytanie pozostaje: miłe sentymenty, ale jak to przetłumaczyć z języka protestu na konkretną działalność polityczną? Na razie marsze i demonstracje stadionowe pozostają ważnym elementem kultury narodowej, stanowiącym jeśli nie przeciwwagę jeszcze, to przynajmniej alternatywę dla globalistycznej popkultury tolerancjonizmu.

Podobnie wielką dydaktyczną wartość mają też reenactors, czyli środowiska odtwarzające wydarzenia historyczne (np. bitwę pod Grunwaldem, cały ruch rycerski). Takimi alternatywami wobec postkomunistycznej rzeczywistości pozostają również harcerze, członkowie rozmaitych organizacji paramilitarnych (takich jak „Strzelec”), jak również uczestnicy inicjatyw społecznych, kulturalnych, charytatywnych na najniższym szczeblu (np. szkół katolickich).
Na prawicy nie ma właściwie siły politycznej, która potrafiłaby skanalizować te wszystkie sentymenty. Są substytuty, w większości wywodzące się z „Solidarności” oraz z ruchu dysydenckiego lat siedemdziesiątych, które przesunęły się na prawo – czy taktycznie, czy strategicznie (albo w poszukiwaniu elektoratu, albo zrozumiawszy, że to jest dla Polski najlepsza opcja). Są też rodzynki, nie tylko w opozycji, niektórzy permanentnej, ale również w obecnym rządzie.

Cieszy natomiast wysyp rozmaitych poważnych periodyków, jak również think tanków wolnościowych i konserwatywnych. Jest wiele inicjatyw wydawniczych. Potrzeba jednak lepszej koordynacji, lepszej dystrybucji. Szczególnie niedostateczne wyniki są na polu kultury, chociaż tutaj dobrze dają sobie radę piosenkarze-poeci i filmowcy-dokumentaliści (cześć Grzesiu!).

Tutaj, wśród mózgów i operatorów, też jest ferment. Brakuje zdecydowania, klarownej myśli, brakuje przywództwa, żelaznej woli. Brakuje środków, brakuje wiary. Brakuje łączności z dołami, stałej współpracy. Stale dominuje brak zaufania. Jeśli Polacy nauczą się sobie ponownie ufać, to się uda. Ale nastąpić to może w ramach ruchu, który podkreśla solidaryzm narodowy pod buzdyganem konserwatywno-wolnościowym. No to do roboty.

REKLAMA