REKLAMA

W ostatnim „Do Rzeczy” całkiem od rzeczy pisze Szewach Weiss, były ambasador Izraela w Polsce, były agent izraelskich służb specjalnych (z tych służb nigdy się nie wychodzi…), a obecnie, jak sądzę, izraelski agent wpływu. Jego tekst „Dlaczego Żydzi nie wracają do Polski” to klasyczny niemal przykład ciężkiej i niewdzięcznej pracy agenta wpływu.

Już sam tytuł jest mylący. Żydowskie gminy wyznaniowe, które w Polsce można dzisiaj policzyć na palcach obydwu rąk, dostały już od państwa polskiego ok. 5 tysięcy nieruchomości, co świadczy o wielkich apetytach. Najwidoczniej Żydzi jednak wracają do Polski. Słyszałem, że jest sporo wniosków Żydów o przyznanie obywatelstwa polskiego. Te wnioski uwzględniane są nawet w ekstranadzwyczajnym trybie…

REKLAMA

„Na ziemiach polskich zamordowano ponad 4 miliony Żydów. Dla narodu żydowskiego Polska stała się ziemią przeklętą. Ten psychiczny uraz jest wbudowany w zbiorową świadomość Żydów i ma ogromny wpływ na postrzeganie narodu polskiego” – pisze Weiss. Wcześniej Weiss pisze jednak, że „W Izraelu nikt nie ma wątpliwości, że Zagłady dokonali Niemcy”.

Czemu więc wymordowanie 4 milionów Żydów przez Niemców, co do czego podobno według Weissa „nikt nie ma w Izraelu wątpliwości”, powoduje „ogromny uraz” wobec Polaków, „wbudowany w zbiorową świadomość Żydów”?… Kto ten uraz wbudowuje w tę świadomość i dlaczego? Czy aby nie czyni tego sam Weiss?

Bo dalej pisze: „Smutna prawda jest taka, że niemal wszystkie XX-wieczne fale migracyjne z Polski do Palestyny i Izraela były tak naprawdę ucieczkami”. Mamy więc sedno tego tekstu: Żydzi w całym XX wieku uciekali przed Polakami!…

Czytajmy dalej: „Kilkadziesiąt tysięcy Żydów wyjechało z Polski po wprowadzeniu wymierzonych w nich reform premiera Grabskiego w 1924 roku”.

W roku 1924 żydowska mniejszość narodowa miała w Sejmie 38 posłów, co dawało jej prawie 8 procent mandatów. Za premierostwa Grabskiego wprowadzono regulację prawną dotyczącą szkolnictwa żydowskiego w Polsce, regulowanego odrębnie niż szkolnictwo ukraińskiej i białoruskiej mniejszości narodowej. Trudno doszukać się w tej regulacji jakichkolwiek elementów dyskryminacyjnych, a już zwłaszcza gdy porównać ją z rozwiązaniami obowiązującymi wówczas w innych krajach europejskich. Bracia Grabscy (Stanisław, autor reformy szkolnictwa, i Władysław, premier) związani byli z Narodową Demokracją – rozumiem, że Weiss jako politruk żydowskiego nacjonalizmu ma za zadanie zwalczania narodowego ruchu polskiego, także w przeszłości… Z ekspektatywą na teraźniejszość, gdy właśnie konsoliduje się polski ruch narodowy. Michnik z Weissem, Weiss z Michnikiem: „wespół w zespół, wespół w zespół, by żądz moc móc wzmóc”…

Dalej Weiss pisze: „Po śmierci marszałka Piłsudskiego do Palestyny znów uciekło („uciekło” – sic!) 150 tysięcy polskich Żydów, którzy nie mogli znieść zagęszczającej się endeckiej atmosfery w kraju” (i znów: „endecka atmosfera”…).

Tymczasem zarówno przed, jak po śmierci marszałka Piłsudskiego trwała cały czas emigracja Żydów do Palestyny – bynajmniej nie z powodu „endeckiej atmosfery”, ale z powodu ożywionej agitacji Żabotyńskiego, Sterna i innych przywódców organizacji syjonistycznych (o programach faszystowskich, z aprobatą terroryzmu włącznie), którzy postawili sobie jako cel stworzenie na terenie Palestyny państwa żydowskiego. Władze polskie bardzo popierały tę emigrację – nie tylko finansowo, ale i organizując szkolenia militarne dla przyszłych terrorystów żydowskich w Palestynie (m.in. obozy szkoleniowe dla Irgunu czy Hagany w Rembertowie i Kolumnie). Dlatego między innymi środowiska żydowskie tak lubiły marszałka Piłsudskiego, a działalność Frakcji Rewolucyjnej PPS była wzorcem dla terrorystycznej działalności organizacji żydowskich wyrastających z ideologii Żabotyńskiego.

Weiss dalej: „W 1946 roku, po pogromie w Kielcach, z Polski znów wyniosło się ponad 100 tys. Żydów”.

Dzisiaj wiemy już, kto i dlaczego zorganizował pogrom w Kielcach. Nie mógł on dokonać się bez wiedzy Jakuba Bermana, stalinowskiego nadzorcy samego Bieruta. Posłużył usprawiedliwieniu okupacji Polski przez Sowiety jako „narodu antysemickiego”, wymagającego politycznej kurateli, ale zarazem właśnie umożliwił legalny wyjazd części Żydów z okupowanej przez Sowiety Polski. W ten sposób i komunizm, i żydowski faszyzm – dwa totalizmy („wespół w zespół”) – zostały zaspokojone.

W 1946 roku Polacy nie mieli żadnej legalnej możliwości wyjazdu na Zachód… Dalej Weiss: „Następna fala wyjazdów to lata 1956-57 i reformy Gomułki, gdy do Palestyny wyjechało 30 tys. Żydów, nie tylko komunistów”.
Zabawne jest to „nie tylko”. W latach 1956-1957 niektórzy Żydzi rzeczywiście uciekali (w tym przypadku słowo właściwe) – i to w popłochu – z Polski: stalinowcy z krwią na rękach, ze strachu przed możliwą odpowiedzialnością karną, łącznie z rodzinami, krewnymi i tymi, którzy zwyczajnie skorzystali z okazji, by wyrwać się z sowieckiego łagru. Wtedy m.in. uciekli podejrzewani o rytualne zamordowanie dziecka, 16-letniego Bohdana, syna Bolesława Piaseckiego.

Dalej Weiss: „Większość z tych, którzy jeszcze w Polsce zostali, wyrzucono z niej w 1968 roku”.

Mniejsza już o tę bezosobowa formę „wyrzucono”. Ale czy aby naprawdę wyrzucono? Sam mam przyjaciół pochodzenia żydowskiego, których rodziców jakoś nie wyrzucano. Wykonywali tzw. wolne zawody. Owszem, PZPR-owska frakcja „Natolin” usuwała frakcjonistów „Puław” z posad, ale z posad w partii, bezpiece, propagandzie i aparacie państwowym – w ramach wewnątrzpartyjnej dintojry. Aby nie bruździli dalej „Natolinowi”, chętnie pozwolono im wyjeżdżać. No, ale kto się z kim zadaje… Kto z chłopem pije, ten z nim pod płotem leży… Jaki pan, taki kram… Czego właściwie ci żydowscy komuniści spodziewali się po swych partyjnych towarzyszach? Honorowego potraktowania? Honor to mieli ci „straszni endecy”, co to w ramach „Żegoty” ratowali Żydów przed Niemcami… Oczywiście i w przypadku tej emigracji, z roku 1968, na okazję wyrwania się do wolności z sowieckiego łagru załapali się i nieumoczeni w komunizm polscy

Żydzi – i ja się im nie dziwię, że skorzystali z okazji. Wielu Polaków uciekłoby od „realnego socjalizmu”, gdyby tylko mieli taką sposobność.
Dalej Weiss przytacza liczby – ilu to Żydów żyje dziś w Rosji (200 tysięcy), na Ukrainie (70 tysięcy), na Węgrzech (50 tysięcy), we Francji (pół miliona), w Niemczech (120 tysięcy). Nie wiem, skąd czerpie te dane, bo przecież chyba nie ze spisów powszechnych, toteż nie przywiązuję do nich specjalnej wagi. Z tekstu przebija jednak wyraźny żal i sugestia, że w Polsce Żydów żyje za mało, że przydałoby się, gdyby tu się posprowadzali… Ale ilu Żydów żyje w Polsce?

Wedle jednego z szacunkowych raportów wywiadu AK dla gen. „Grota” Roweckiego, Polacy w czasie wojny przechowywali ok. 400 tysięcy Żydów. Raport ten opierał się tylko na danych wywiadu Armii Krajowej, szacunki te mogły być więc raczej zaniżone niż zawyżone, bo przecież nikt nie chwalił się przechowywaniem Żydów, za co groziła kara śmierci dla całej rodziny przechowującej.

Jeśli prawdziwe są dane Weissa o 100-tysięcznej emigracji Żydów z Polski w 1946 roku, 30-tysięcznej w latach 1956-1957 i szacowanej na ok. 20 tysięcy emigracji z roku 1968 (Weiss nie podaje wielkości, ale pisze: „większość z tych, którzy jeszcze w Polsce pozostali”) – wychodziłoby, że spośród ponad 400 tysięcy Żydów, których Polacy ocalili, ryzykując życie swoje i swoich rodzin, wyjechało do roku 1968 (włącznie) ok. 150 tysięcy. Pozostało zatem w Polsce – w granicach przedwojennych – plus minus 250 tysięcy. Zatem w 1968 roku wcale nie wyjechała z Polski „większość z tych, którzy pozostali”, ale mniejszość z tych, którzy pozostali!

Piszę to wszystko nie tytułem polemiki z Weissem. Polemiki z agentami wpływu to kopanie się z koniem. Piszę to dla odnotowania, że w polskim czasopiśmie „Do Rzeczy” ktoś, co do którego wiele wskazuje, że jest izraelskim agentem wpływu, może prezentować Polakom żydowski punkt widzenia na stosunki polsko-żydowskie jako „obiektywny” – podczas gdy nie ma w Izraelu pisma, w którym polski agent wpływu mógłby prezentować Żydom polski punkt widzenia jako „obiektywny”.

Czyż nie świadczy to o safandulstwie polskich służb specjalnych? To właśnie mnie martwi, a nie robota Weissa. No i niebywała tolerancja redakcji „Do Rzeczy” w doborze autorów, a nawet współpracowników.

REKLAMA