W Kijowie Kaczyński odsłonił się całkowicie!

Byliśmy ostatnio świadkami kilku zaskakujących wydarzeń na Ukrainie. Niektóre z nich przewróciły nasze wyobrażenia o kulturze dyplomacji, inne natomiast odsłoniły rzeczywiste oblicze niektórych polityków. Wszystkie zaś pokazały słabość ukraińskiej państwowości.

Zacznijmy od kultury dyplomacji. Jak świat światem państwa silniejsze (mocarstwa) usiłowały się mieszać w sprawy wewnętrzne swoich sąsiadów, gdy tylko byli od nich słabsi lub gdy państwa te ulegały wewnętrznej dezintegracji. Posłowie mocarstw ościennych kupowali posłów na polskie sejmy, aby ci krzyczeli „Liberum veto!”, wsiadali na konia i uciekali za Wisłę, uniemożliwiając reformę kraju. Widziano polskie wyprawy na Kreml w celu odebrania tronu dla Dymitrów zwanych Samozwańcami. Widywano przypadki, gdy mocarstwa ościenne dostarczały jednej z partii pieniędzy, broni i ochotników. Znamy też przypadki podburzania mniejszości narodowych i religijnych, aby wywołać chaos i narzucić słabszemu państwu rozmaite pacyfikacje czy protektoraty. Wszystkie wskazane powyżej przypadki (i wiele innych) cechuje jeden charakterystyczny element, definiujący Jus Publicum Europaeum: wszystkie te interwencje robiono w przysłowiowych białych rękawiczkach.

Rządy Prus czy Rosji „nic nie wiedziały” o łapówkach dla polskich posłów; polskie wyprawy na Moskwę podejmowali magnaci w celu restauracji „prawowitej” władzy carskiej; rządy generalnie „nic nie wiedziały” o dostarczaniu broni, zaopatrzenia i rekrutacji ochotników dla opozycji; „nie miały też nic wspólnego” z irredentami mniejszości narodowych. I oto wszystko się zmieniło, gdy Jarosław Kaczyński, a zaraz za nim cała grupa polskich polityków, pojechał na kijowski Majdan, aby publicznie nawoływać do buntu przeciwko legalnemu rządowi Ukrainy, który odmówił podpisania traktatu stowarzyszeniowego z Unią Europejską na warunkach podyktowanych przez Brukselę.

Czekamy teraz, aż przed następnymi wyborami w Polsce przyjadą do nas politycy z Niemiec, Francji czy Hiszpanii i będą agitować na wiecach i w telewizji, aby głosować na PO, a nie na PiS. Kaczyński stracił moralne prawo protestu przeciwko takiej bezczelnej ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski.

Kwestia druga także dotyczy Jarosława Kaczyńskiego oraz Prawa i Sprawiedliwości. Partia ta od dawna próbuje pozować na eurosceptyczną, choć to Lech Kaczyński – mimo zaciętego oporu zacinającego się długopisu – podpisał traktat lizboński. Osoby bliżej analizujące politykę dobrze wiedziały, że PiS jest za integracją europejską, ale pozuje od czasu do czasu na partię eurosceptyczną, aby zagospodarować były elektorat Ligi Polskich Rodzin i uniemożliwić odbudowę narodowej i konserwatywnej prawicy podnoszącej hasła niezależności Polski od Unii, a także obrony tradycyjnej kultury przed europejskimi genderami i promocją rozmaitych dewiacji.

W Kijowie jednak Kaczyński odsłonił się całkowicie, pokazując, że jest zwolennikiem nie tylko utrzymania, ale i poszerzenia Unii Europejskiej. Stanowisko PiS wobec Unii od zawsze było takie samo i dobrze charakteryzuje je wielokrotnie cytowana opinia Romana Dmowskiego, że są tacy patrioci, którzy bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę. PiS było za wejściem do Unii, aby „wyrwać się” z rzekomo zagrażających nam rosyjskich szponów. Lech Kaczyński wielokrotnie opowiadał się za centralizacją Unii, aby stworzyć „wspólną politykę energetyczną”, aby uniezależnić nas od dostaw rosyjskiego gazu. Dziś jego brat chce poszerzać Unię, aby wyrwać Rosji Ukrainę. Aby uciec spod rzekomego zagrożenia ze strony Rosji, rzekomo panującego tam „komunizmu” i „oficera KGB” rządzącego na Kremlu, gotowy jest zamknąć Polskę w socjalistycznym kołchozie unijnym, będącym grobem tradycyjnej kultury i wolnej przedsiębiorczości.

Nie jestem entuzjastą obecności Polski w Unii Europejskiej, ale trudno nie zauważyć, że ewentualne przyjęcie Ukrainy do tej organizacji międzynarodowej zdecydowanie pogorszyłoby pozycję Polski.

Po pierwsze – środki finansowe płynące z instytucji unijnych zostałyby przydzielone Ukrainie kosztem innych biedniejszych krajów, w tym Polski.

Po drugie – przyłączenie do Unii Ukrainy zmienia znacząco mapę geopolityczną Europy. Dziś jesteśmy krajem peryferyjnym Unii. Po włączeniu Kijowa zostalibyśmy otoczeni przez kraje unijne praktycznie ze wszystkich stron, wyjąwszy granice z Rosją w obwodzie kaliningradzkim i z Białorusią. Z tego „kotła” naprawdę nie byłoby już jak wyjść i zmusiłoby to nas do przemyślenia sensu postawy eurosceptycznej. Dlatego przyłączenie Kijowa do Unii byłoby domknięciem okowów wokół naszego kraju. I Jarosław Kaczyński chce nam ten los zgotować. Nie z miłości do Polski, ale z nienawiści do Rosji.

Po trzecie wreszcie – pojawia się pytanie, jaki rząd ukraiński najlepiej odpowiada polskim interesom. Donald Tusk, Jarosław Kaczyński i Adam Michnik zgodnie wydają się stawiać na partie Tymoszenki, Kliczki i nacjonalistów ze Swobody dlatego, że przekształcą Ukrainę we wzorcową „kolonię praw człowieka” o antyrosyjskim charakterze. Pamiętajmy jednak, że nacjonaliści ukraińscy tak jak nienawidzą Rosji, tak i nienawidzą Polski. Pamiętajmy o Wołyniu, gdyż zachodni Ukraińcy pamiętają i nie mają najmniejszej ochoty uznać tej gigantycznej zbrodni za ludobójstwo. Wiktor Janukowycz reprezentuje Ukrainę Wschodnią, której całkowicie obcy jest nacjonalizm banderowski i która nie szuka konfrontacji z Polską, nie nastaje na polską mniejszość i nasze zabytki. Nie jest też prawdą, że jest to polityk prorosyjski. To zręczny lawirant pomiędzy Rosją a Unią Europejską, który dąży do zachowania niezależności państwa między dwiema potęgami, biorąc raz pieniądze od jednych, innym razem tani gaz od drugich. Jest to polityka odpowiadająca obiektywnym interesom Ukrainy. Ale to także polityka odpowiadająca Polsce, gdzie Kijów stanowi rodzaj wielkiego buforu pomiędzy Polską a Rosją. Radykalne pchnięcie Ukrainy do Unii lub Rosji może spowodować destabilizację, a nawet rozpad tego państwa. Proponuję nie dotykać status quo.