Michalkiewicz: Epilog operacji „Menora”. Jak pomówiono mnie o bycie tajnym współpracownikiem SB

Stanisław Michalkiewicz.

Młyny sprawiedliwości mielą powoli, ale przecież mielą, toteż zawsze na kimś się skrupi. Z niemałym tedy zaskoczeniem tuż przed Bożym Narodzeniem odebrałem – tym razem nie tak zwaną powiestkę, jak Rosjanie nazywają sądowe wezwania, tylko dwa pisma z prokuratury, gwoli oszczędności wysłane w jednej kopercie, bo „dobra zmiana” spowodowała wprawdzie niezwykle obfity dopływ pieniędzy do budżetu, ale – jak powiadają wymowni Francuzi – l’appétit vient en mangeant, co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, toteż nie ma takich pieniędzy, których partia i rząd nie potrafiłyby wydać, a więc skoro pod koniec roku tu i ówdzie pieniędzy brakuje, to trzeba oszczędzać chociaż na kopertach.

Jedno pismo, opatrzone datą 21 grudnia 2017 roku, było „Postanowieniem o podjęciu zawieszonego dochodzenia” wydanym przez panią Małgorzatę Nowak, prokuratora z Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście. W uzasadnieniu tego postanowienia pani prokurator twierdziła, jakoby „zaistniały przesłanki” do podjęcia zawieszonego postępowania. Jakie – tego już pani prokurator nie zdradziła, jednak wszystkiego można się było domyślić z drugiego pisma opatrzonego tą sama datą, ale zatytułowanego: „Postanowienie o umorzeniu dochodzenia”. Ta sama pani prokurator Małgorzata Nowak postanowiła umorzyć dochodzenie w sprawie pomówienia niżej podpisanego o bycie tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Postanowienie o umorzeniu dochodzenia zostało wydane „z uwagi na niewykrycie sprawcy czynu”.

Operacja „Menora”

Z pewnym opóźnieniem, w roku bodajże 2014, dowiedziałem się że w roku 2012 Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego przeprowadziła kombinację operacyjną pod kryptonimem „Menora”. Chodziło o to, że trzech antysemitników – prof. Jerzy Robert Nowak, Waldemar Łysiak i ja – planowało przeprowadzenie jakiejś okropności w rocznicę powstania w getcie warszawskim.

Było to coś tak okropnego, że sami sprawcy utrzymywali wszystkie okoliczności w tajemnicy nawet przed sobą – ale przed Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego nic się nie ukryje, toteż dzięki energicznemu przeciwdziałaniu w ramach operacji „Menora” do żadnych okropności nie doszło i – jak przypuszczam – zasłużeni przy rozpracowywaniu tej sprawy funkcjonariusze podzielili się po bratersku pieniędzmi w ramach premii za dobre sprawowanie.

Ale nagroda to jedna rzecz, a działania operacyjne to rzecz druga, toteż – podobnie zresztą jak za tak zwanej pierwszej komuny, kiedy to SB również prowadziła przeciwko mnie „sprawy operacyjnego rozpracowania” pod kryptonimami „SAM” i STEN” – spotykały mnie rozmaite przygody, którym w pierwszym odruchu skłonny byłem przypisywać pochodzenie naturalne.

Jedną z takich przygód było wpuszczenie do sieci za pośrednictwem holenderskiego serwera PicturePush sfałszowanego dokumentu, którego treścią było moje rzekome zobowiązanie do tajnej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Dokument opatrzony był rozmaitymi pieczęciami, co wskazywałoby na to, że fałszerz albo był kiedyś funkcjonariuszem MO lub SB, który zachował sobie jakieś pamiątki z dawnych czasów, albo został w te pieczątki wyposażony przez swego oficera prowadzącego, który, chociaż teraz służył demokracji i praworządności, to przecież też to i owo zachował sobie na pamiątkę z czasów, kiedy wysługiwał się zdrajcom i zaprzańcom. Nietrudno było domyślić się intencji tego fałszerstwa – chodziło o zdyskredytowanie mnie jako publicysty, który w dodatku opowiadał się za przeprowadzeniem lustracji.

Oczywiście natychmiast skontaktowałem się z lubelskim Oddziałem IPN, bo fałszywka opatrzona była również pieczęciami tego Oddziału, skąd uzyskałem potwierdzenie, że dokument wpuszczony do sieci przez osobę ukrywającą się pod nickiem {sapere aude} został sfałszowany i że lubelski Oddział IPN skierował do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie. Ja jednak musiałem działać w ramach oskarżenia prywatnego, a w tym celu musiałem odnaleźć {sapere aude}, którego jedynym śladem mógł być w tej sytuacji komputer. Toteż niezwłocznie skontaktowałem się telefonicznie z administratorem holenderskiego serwera PicturePush, od którego uzyskałem informację, że znają oni IP komputera, z którego fałszywka wyszła do sieci, ale tę informacje mogą przekazać tylko prokuraturze lub policji, a nie mnie. Nie miałem tedy innego wyjścia jak przekazać te wszystkie informacje policji i czekać na rozwój wypadków.

CZYTAJ DALEJ ->

Comments are closed.