Michalkiewicz: Epilog operacji „Menora”. Jak pomówiono mnie o bycie tajnym współpracownikiem SB

Mozół, czyli cunctando rem restituere

Mijały miesiące, ale nic się nie działo – poza tym, że po mniej więcej roku zostałem przesłuchany ja na okoliczność spraw doskonale policji znanych z mojego zawiadomienia. W trakcie tego przesłuchania usiłowałem dowiedzieć się, czy ktoś skontaktował się z administratorem holenderskiego serwera, ale zostałem pouczony, żebym nie wtykał nosa w nie swoje sprawy, bo „prowadzone są czynności”. Muszę ze wstydem przyznać, że wtedy myślałem, iż to wszystko naprawdę, że policja rzeczywiście próbuje po nitce dotrzeć do kłębka, a jeśli nie chce się ze mną podzielić wiadomościami o tym, co właściwie robi, to ze względu na sławną „tajemnicę śledztwa”.

Dopiero teraz z uzasadnienia postanowienia prokuratury dowiedziałem się, że nie tylko ja zostałem w tej sprawie przesłuchany, ale również inne osoby. Dzięki temu wyjaśniło się, że jedną z osób, które dość aktywnie fałszywkę kolportowały w sieci, był niejaki {robin}, korzystający z adresu e-mail [email protected] i komputera o numerze IP 195.69.80.7, a przy zakładaniu adresu e-mail podane zostało nazwisko Jacek Mohr. W dalszym jednak ciągu nie było wiadomo, kto był autorem fałszerstwa.

Jak wynika z uzasadnienia postanowienia o umorzeniu dochodzenia, żeby uzyskać informację od administratora z Holandii, trzeba było uciec się do tak zwanej pomocy prawnej. Z tego właśnie powodu postępowanie zostało zawieszone aż do 21 grudnia 2017 roku, kiedy to pani prokurator Małgorzata Nowak dopatrzyła się „przesłanek” uzasadniających jego odwieszenie, by je następnie umorzyć. Tą „przesłanką” okazał się fakt, że do 21 grudnia 2017 roku w drodze pomocy prawnej nie uzyskano oczekiwanych informacji. Wyjaśniło się też dlaczego. Otóż takie informacje przechowywane są tylko przesz 12 miesięcy. Zatem wystarczy schronić się za murami „czynności”, by 12 miesięcy minęło i potem już żadna siła nie będzie w stanie zidentyfikować sprawcy fałszerstwa.

Stąd dla żuka jest nauka

Na to postanowienie mogłem się oczywiście żalić do niezawisłego sądu, ale wobec pierwotnej i obiektywnej niemożności ustalenia sprawcy, który w dodatku sam się nie zgłosił, takie żale byłyby „daremne i próżne” – jak zauważył poeta. Nie tylko daremne i próżne, ale w dodatku wystawiające autorowi takiego zażalenia świadectwo kompletnego zidiocenia, że niby „widzi, że most – i jedzie”.

Rzecz bowiem w tym, że uzasadnienie postanowienia prokuratury ostatecznie przekonało mnie, że {sapere aude} był konfidentem wykonującym zadanie operacyjne w ramach operacji „Menora” i jako taki chroniony był przed odpowiedzialnością przez organy ścigania, które w tym celu stworzyły pozory biurokratycznej inercji. Dedykuję to spostrzeżenie pani Anie Nehrebeckiej, która przepytywana przez dziennikarza lamentuje nad zmarnowanymi dary, jakie otrzymaliśmy w 1989 roku od generała Czesława Kiszczaka – bo chyba od niego, nieprawdaż? Wśród tych darów było niezawisłe sądownictwo, które obecnie, zdaniem pani Nehrebeckiej, zostało „zdewastowane”.

Ciekawe, od kiedy ta „dewastacja” się zaczęła – czy od momentu, gdy koalicja PO-PSL wybrała „nadliczbowych” sędziów do Trybunału Konstytucyjnego przy milczącej aprobacie pana prezesa Andrzeja Rzeplińskiego, który nie mógł przecież nie zdawać sobie sprawy, w jakim trybie tych sędziów wybrano i w jakim celu – czy też kiedy PiS trochę później zrobiło to samo – co wywołało pryncypialną krytykę ze strony pana prezesa Rzeplińskiego, za którym, jak za panią matką, zaczęli te krytyczne opinie powtarzać inni, między innymi aktorzy, zawodowo przyzwyczajeni do powtarzania tekstów wymyślonych przez kogoś innego. Bo otrzymany w roku 1989 od generała Czesława Kiszczaka dar w postaci nieposzlakowanego sądownictwa pozostaje chyba poza wszelkim podejrzeniem, nieprawdaż?

Stanisław Michalkiewicz

Comments are closed.