REKLAMA

Na tę właśnie przykrą okoliczność – uruchomienia pierwszego etapu tzw. procedury naruszeniowej (wezwania do usunięcia uchybienia, czyli wycofania się z obniżki wieku emerytalnego sędziów Sądu Najwyższego) – premier Morawiecki powiada zagadkowo: „Będziemy przedstawiać nasze racje bardzo drobiazgowo i szczegółowo”.
Hm… Co to znaczy? Czy dotąd nie przedstawialiśmy naszych racji „drobiazgowo i szczegółowo”? Dlaczego? Czy ta „drobiazgowość i szczegółowość” będzie jakąś formą przewlekania sprawy, grą na zwłokę? Jak długo?… Z rachubą… – właściwie na co?!

To są wszystko bardzo istotne pytania, niestety nieobecne w rządowej publicystyce i komentarzach. Być może rząd ma w zanadrzu jakiś rewelacyjny atut (ejże!…) lub przynajmniej poważne podstawy do optymizmu (na przykład jakie?) – ale czemu trzyma to w tajemnicy?

REKLAMA

Tymczasem „drobiazgowe i skrupulatne” przedstawianie polskich racji w „procedurze naruszeniowej” wszczętej przez KE, którym premier Morawiecki uspokaja opinię publiczną, byłoby jednak uznaniem kompetencji zarówno Komisji Europejskiej, jak i tego Trybunału do oceny stanu praworządności w Polsce, której to kompetencji – jak dotąd – rząd polski nie uznaje, traktując swe dotychczasowe wyjaśnienia składane Brukseli jako gest dobrej woli, woli dialogu… Dziwna, doprawdy, zagadkowa sprzeczność. Niebezpieczna! Czy ta „dobra wola dialogu”, ten gest nie jest już aby uznaniem uzurpatorskich kompetencji Brukseli i jej niemieckich owczarków? Więc i przyszłej decyzji Trybunału luksemburskiego?…

Film dokumentalny o dramatycznych wydarzeniach w Jedwabnem

Tymczasem wkrótce minie niemal pół roku, odkąd pojawiła się zagadkowa informacja, że ktoś przyznał się do zabójstwa małżeństwa Jaroszewiczów. Wydawałoby się, że pół roku to wystarczająco długi czas, by sprawdzić prawdziwość tego przyznania się. Nie byle jakie morderstwo to było, jakże starannie zaplanowane, wykonane, kierowane na fałszywe tropy!… Iluż spiskowców nad tym pracowało! A jednak nie wiemy ani kto się przyznał, ani czy wiarygodnie, ani na czyje zlecenie (zabił albo tylko przyznał się…), ani co zrobił z wydartą Jaroszewiczowi wiedzą i dokumentami, ani o jaką wiedzę chodziło i o jakie dokumenty… Gdyby brukselskie niemieckie owczarki z tego właśnie powodu wszczęły „procedurę naruszeniową” – ale gdzieżby tam…

Więc szerzy się przekonanie, że „tajemnica morderstwa Jaroszewiczów” to element gry politycznej, które to przekonanie podzielam. Kto tu z kim gra i o co – nie mam pełnej jasności, więc nie będę się wymądrzał. Poprzestanę na radzie, jakiej pewnemu początkującemu dziennikarzowi udzielił redaktor naczelny przedwojennego „Naprzodu”, organu socjalistów: „Przede wszystkim niech pan pamięta, że najlepsze są te artykuły, które napisano z sądem nie zmąconym głębszą znajomością rzeczy”. W rzeczy samej: skąd brać „głębszą znajomość rzeczy”, gdy nie wiadomo nawet, kto się przyznał?

REKLAMA