Janusz Korwin-Mikke Źródło: PAP
Janusz Korwin-Mikke Źródło: PAP
REKLAMA

Wedle postępowych uczonych z czasów Wielkiego Językoznawcy, zysk liczyło się tak: kupujemy żelazo – i kujemy, póki gorące. W tym celu płacimy za amortyzację pieca i miecha kowalskiego, opłacamy kowala, który robi z tego podkowy, sprzedajemy podkowy – i po opłaceniu wszystkich kosztów powinien nam zostać zysk.

Istotne w tym sposobie myślenia są przedmioty, konkrety: surowe żelazo i podkowy. I jeszcze praca ludzka – co jednak się już śp. Karolowi Marxowi trudniej doliczało.

Szkoła subiektywna rozumuje inaczej. Zieliński ma kapelusz, który gotów jest sprzedać za 100 złotych. Wiśniewski chciałby nabyć taki kapelusz i gotów jest dać za niego 200 złotych. Panowie nawiązują łączność w Sieci, trochę się targują – i w końcu Zieliński sprzedaje kapelusz za 160 złotych.

REKLAMA

Dla Zielińskiego kapelusz wart był 100 złotych – a teraz ma w garści 160 zł, czyli wzbogacił się o 60 złotych. Wiśniewski cierpiał na brak kapelusza i oceniał ten brak na 200 zł. Pozbył się tego „długu” za 160 zł – czyli jest do przodu o 40 złotych. W sumie bogactwo kraju wzrosło o 100 złotych!

Film dokumentalny o dramatycznych wydarzeniach w Jedwabnem

Obiektywiści takie rozumowanie odrzucają: Zieliński nadal był, jaki był; Wiśniewski też się nie zmienił. I kapelusz jest nadal taki sam. Zamożność kraju od tego nie wzrosła. Stąd obiektywiści z trudem tylko tolerują handełesów; prawdziwym „Ludziem Pracy” jest dla nich tylko kowal.

Natomiast ludzie w ogóle nie rozumują; po prostu: sprzedają, kupują – i uważają to za coś naturalnego. Nie liczą żadnego „subiektywnego wzrostu wartości”. Po prostu czują się po tej transakcji lepiej. „Wreszcie kupiłem sobie palto”. „Wreszcie pozbyłem się tego grata”.

A komuś ten „grat” widocznie się przydał.

Wskaźniki gospodarcze – np. PKB – już uwzględniają subiektywny przyrost wartości – ale tylko wtedy, gdy jest on opodatkowany. Bo inaczej skąd „rząd” ma wiedzieć, że ludzie dokonali jakiejś korzystnej dla siebie transakcji?

Tymczasem ogromna część życia gospodarczego jest nadal nieopodatkowana. Ku żalowi „rządu”, który nie ma z tego pieniędzy – a przecież co by szkodziło Zielińskiemu i Wiśniewskiemu, gdyby tak odpalili „rządowi” po 5 zł? Przecież dokładnie tak działają meliniarze: gdy ktoś zgarnie pulę, np. 200 zł, meliniarz zabiera dla siebie 5 zł. Wygrany jest tak zadowolony, że tego nawet nie zauważa (więcej: zabieranie mu pieniędzy kojarzy mu się pozytywnie – bo z wygraną!!) – a przegranemu wszystko jedno, bo to nie jego pieniądze. Nawet może się i cieszy, że ten łajdak dostał trochę mniej.

Żałują tego również rozmaici geniusze od „optymalizacji”. Optymalizacja obiektywna odeszła razem ze Związkiem Sowieckim – ale gdyby znać wszystkie preferencje ludzi, np. za ile Zieliński oddałby kapelusz, gdyby trafił mu się klient za 160 zł (my wiemy: za100 zł – ale dlatego, że ja to powiedziałem…), to on już by wszystko pięknie zoptymalizował.

Nawet pisnąć byśmy nie mogli – tak by nam życie zorganizował!

Tym geniuszom zdarzają się zabawne wpadki. Np. śp. Oskar Lange (którego szczęśliwie wyrzucono z Polski, więc jako doradca zrujnował Indie), gdy tylko dowiedział się o istnieniu komputera, od razu się rozmarzył: „Ach, mieć taki Wielki Komputer, który pobierałby wszystkie informacje o transakcjach, także o cenach na bazarze – przez noc by się to przeliczyło i rano można by podyktować na bazarach ceny – dokładnie takie jak rynkowe!”.

Zapominając oczywiście, że wystarczy nic nie robić, a ceny na bazarze będą same z siebie „rynkowe”…

Czego „rząd” nie wie? Ot, na przykład, nie wiedziałby, że wśród nastolatek zapanowała moda na uczenie się chińskiego. Przez dwa lata 80% dziewczynek nauczyło się po 1000-2000 znaków i umiało jako tako mówić (niektóre nawet wymawiały tony). Od tego bogactwo kraju wzrosłoby niepomiernie – a „rząd” nic by o tym nie wiedział.

POLECAMY BIBLIOTECE WOLNOŚCI

I oczywiście kraj, w którym wszystkie kobiety umieją (jak niegdyś) szyć, jest znacznie bogatszy od kraju, w którym kobiety tego nie umieją. Nie ma np. „problemu” z zaopatrzeniem w maseczki. Pokazuje się w telewizji wzór maseczki, niewiasty łapią się za igły – i po dwóch godzinach (!!) „problem maseczek” jest rozwiązany.

Niestety tego nie widać we wzroście PKB…

Powiedzmy teraz, że nasze nastolatki zakochały się w spinnerach (to taki, modny trzy lata temu, idiotyczny kręciołek). Zakochały się do tego stopnia, że każdy dzieciak musiał mieć tego dziesiątki, a niektórzy przekraczali setkę.

Rodzice zgrzytali zębami – ale konkurencja jest nieubłagana: pociecha bez co najmniej dwudziestu spinnerów byłaby w szkole wyśmiewana. Więc produkcja (przyjmijmy na moment, że Polska została na jakiś czas izolowana od całego świata, nawet od Chin…) spinnerów rosła, producenci zarabiali, zarabiali ci, co produkowali do nich części, ci, co je malowali lub galwanizowali… Ruch w interesie był ogromny, a wskaźniki PKB szybowałyby w górę…

A co z bogactwem kraju? Cóż – marnie… Po trzech latach na strychach poniewierałyby się setki porzuconych spinnerów.

Czy obiektywiści mają więc rację? Czy nie jest tak, że „rząd” powinien oceniać, co jest pożyteczne, a co jest marnotrawstwem? I zakazać produkcji spinnerów, przerzucając moce produkcyjne na armaty, masło lub nawet samochody (piszę „nawet”, bo przecież wiadomo, że po części są używane do bezproduktywnych przejażdżek…).

Oczywiście NIE; „rząd” nie jest od tego, by oceniać, co nam jest potrzebne do życia. Owszem, jeśli potrzeba armat, to niech nałoży celowy podatek „na armaty” –  ale nie wtrąca się do tego, na jakie cele my wydajemy nasze pieniądze!

Nigdzie przecież nie jest powiedziane, że największą satysfakcję mają obywatele patrząc nie na spinner, lecz na wzrost PKB…

Janusz Korwin-Mikke


REKLAMA