Mateusz Morawiecki. / foto: PAP
Mateusz Morawiecki. / foto: PAP
REKLAMA

Rząd przygotowuje przepisy o podatku katastralnym, jednocześnie temu zaprzeczając. Podatku katastralnego nie będzie tak samo jak nie było tajnych więzień CIA w Polsce.

– Nie będziemy wprowadzać podatku katastralnego rozumianego jako podatek od wartości nieruchomości powszechnie płaconego przez wszystkich Polaków w tych słowach Piotr Uściński z Ministerstwa Rozwoju i Technologii odpowiedział na pytanie Business Insider o to, czy rząd planuje wprowadzenie kolejnej daniny.

REKLAMA

Ten sam Uściński zdradził jednak, że rząd pracuje nad rozwiązaniami, które mają ograniczyć zjawisko pustostanów, czyli niewynajmowanych powierzchni mieszkaniowych (w tym takich, które służą jako lokata kapitału) oraz zjawisko flippingu, czyli szybkiego zakupu mieszkania po to, aby zaraz sprzedać je drożej.

Tak, czyli nie

Ograniczenie szybkiego handlu mieszkaniami rząd może wprowadzić poprzez przepisy pociągające za sobą konsekwencje finansowe takich działań. Już teraz w Polsce obowiązuje podatek od czynności cywilno-prawnych, szczególnie dokuczliwy dla osób kupujących nieruchomości. Wynosi on 2% od wartości transakcji. Kupując mieszkanie za pół miliona złotych, płacimy państwu 10 tysięcy jako podatek od tej transakcji, do tego taksa notarialna (również powiększona o podatek VAT). Dla sprzedającego oznacza to również konieczność odprowadzenia podatku od zarobku, który przyniosła mu sprzedaż mieszkania. Zarobek ten traktowany jest jako dochód i objęty podatkiem PIT w wysokości stosownej do zarobków. Od zapłaty tego podatku zwolniony jest ten, kto zadeklaruje, że uzyskane ze sprzedaży mieszkania środki posłużą mu do zakupu innej nieruchomości.

Co więcej: podatku można nie zapłacić, jeśli od momentu zakupu nieruchomości upłynęło co najmniej pięć lat. Takie rozwiązanie ma zniechęcać do szybkiej sprzedaży mieszkań. Logika pokazuje więc, że rząd dalej skomplikuje te przepisy, aby ograniczyć tzw. „flipping”. Może np. wprowadzić wyższą stawkę podatkową od dochodu uzyskanego poprzez sprzedaż mieszkania. Jeśli więc przed upływem konkretnego czasu (np. 5 lat) ktoś sprzeda kupione mieszkanie, zapłaci większy podatek. Jego stawka, połączona z taksami notarialnymi może sprawić, że zniknie zysk z takiej transakcji, co zniechęci do jej przeprowadzania. Rząd może również utrudnić sprzedaż mieszkań poprzez wprowadzenie dodatkowych procedur oznaczających np. konieczność przedstawiania setek niepotrzebnych dokumentów (rozmaitych zaświadczeń itp.) koniecznych do przeprowadzenia transakcji.

Czy do tego dojdzie? Na razie zapowiedzi urzędników są niekonkretne, jednak biorąc pod uwagę dotychczasową politykę rządu PiS, jest to bardzo prawdopodobne. PiS podążający w stronę socjalizmu, nienawidzi ludzi niezależnych (tak intelektualnie, jak finansowo), a posiadacze mieszkań, zwłaszcza ci, którzy dorobili się ich własną pracą, w większości są ludźmi niezależnymi. Taki krok PiS może zrobić bez uszczerbku dla swojego poparcia. Wśród klasy średniej, zwolenników rządzącej partii jest jak na lekarstwo. Uderzając w nich, PiS uderzy w elektorat innych partii, zatem politycznie w ogóle na tym nie ucierpi.

Absurdalne rozumowanie

Z cytowanego na początku artykułu wynika, że rząd Mateusza Morawieckiego stanął na stanowisku, iż pustostany i flipping to dwie główne patologie rynku mieszkaniowego i obowiązkiem władzy jest je zlikwidować. Za wysokie ceny mieszkań obwinia się rosnącą inflację (lokale stanowią zabezpieczenie przed utratą wartości pieniądza), rekordowo niskie stopy procentowe (zachęcające do zaciągania kredytów) i wysokie koszty pracy. To, że ceny mieszkań są rekordowo wysokie i ciągle rosną, to prawda, ale tylko częściowo. Cena jednego metra kwadratowego mieszkania w Warszawie (10-12 tys. zł) jest jedną z najwyższych na świecie. Drożej jest tylko w Londynie i Moskwie, nawet w Nowym Jorku mieszkania są dużo tańsze. W innych, dużych miastach Polski ceny również szokują: 8,5 tys. zł we Wrocławiu, 9 tys. zł w Krakowie, 9,7 tys. zł w Gdańsku. Wynika to jednak nie z inflacji, tylko z wad systemowych. Ceny mieszkań wynikają z popytu na nie. Zapotrzebowanie na mieszkania jest większe, niż ich dostępność, co właścicielom pozwala podnosić ceny.

Ten szybki wzrost cen można byłoby zahamować, wprowadzając zdroworozsądkowe przepisy w zakresie zagospodarowania przestrzennego oraz odbiurokratyzowując cały proces budowy mieszkań. Oddanie nowych bloków mieszkalnych wymaga setek czynności administracyjnych, z większości można byłoby zrezygnować. Największą, moim zdaniem, patologią jest jednak co innego: absurdalne ograniczenia w nabywaniu ziemi przez deweloperów. W Warszawie i innych miastach, w dyspozycji ratuszów są hektary ziemi oznaczonej jako rolna (np. przy wjeździe do Łodzi) lub leżących odłogiem działek wraz z pozostałościami po dawnych zakładach pracy. Te działki można byłoby sprzedać deweloperom w drodze licytacji, uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczając na oddłużenie samorządów. Takie rozwiązanie zapewniłoby hektary nowej powierzchni, na której mogłyby powstawać nowe osiedla. Z kolei uproszczenie do minimum wszelkich procedur związanych z budową osiedli z jednej strony umożliwiłoby szybsze budowanie bloków mieszkalnych, a uproszczenie do minimum procedur związanych z oddaniem do użytku umożliwiłoby szybki ich odbiór.

Druga sprawa to pustostany. Ich istnienie, zwłaszcza w centrach wielkich miast (np. w Warszawie przy rondzie ONZ) wynika z niejasnej sytuacji prawnej. Budynki te, podobnie jak działki po dawnych zakładach pracy, powinny zostać sprzedane z licytacji, a deweloper zadecydowałby, czy przeznaczyć je na powierzchnię biurową czy mieszkaniową. Tolerowanie istnienia pustostanów ma konsekwencje nie tylko estetyczne (brzydota), finansowe (marnuje się dobro) i ekonomiczne (jedni nie mogą budować, inni nie mogą mieszkać), ale również polityczne. Kilka tygodni temu w Warszawie doszło do bójek między dwoma grupami tzw. „squattersów”, czyli osób nielegalnie zamieszkujących pustostany. W sprawie wszczęto śledztwo prokuratorskie dotyczące pobicia. Ten problem nie istniałby, gdyby pustostany wystawiono na licytację i sprzedano.

Obecnie, procedury budowy i oddawania mieszkań ciągną się latami, tworząc przy okazji pole do korupcji. Deweloper może albo latami zabiegać o dokumenty (w większości niepotrzebne), albo dać łapówkę urzędnikowi. Praktyka ostatnich lat, w tym liczne afery korupcyjne pokazały, że tutaj właśnie tkwi sedno patologii. Leczyć trzeba więc nie objawy – jak postuluje ustami Piotra Uścińskiego rząd PiS – tylko przyczyny. A przyczyną jest system.

Niemoralne rozwiązania

Sam podatek katastralny mógłby być pożyteczny, ale pod warunkiem, że byłby jednym z dwóch (obok pogłównego, czyli płaconego przez każdego obywatela) podatków obowiązujących. Oznacza to likwidację wszystkich dotychczas obowiązujących podatków w tym VAT-u, CIT-u, PIT-u, akcyzy i innych. W normalnie funkcjonującym państwie kataster, czyli procent od nieruchomości (np. 0,1% rocznie) wyliczany mógłby być od rzeczywistej wartości mieszkania, domu, czy działki i płacony w rozbiciu na miesięczne stawki. I tak np. właściciel domu wartego milion złotych płaciłby państwu rocznie 10 tysięcy złotych, czyli niewiele ponad 800 złotych miesięcznie. Pieniądze te mogłyby zasilać budżet gminy i zostać przeznaczone właśnie na jej rozwój, czyli np. na modernizację dróg czy kanalizacji. W dobrze funkcjonującym państwie za katastrem powinno pójść jeszcze jedno rozwiązanie: ilość głosów w wyborach na władze gminy proporcjonalna do wartości majątku i odwrotnie: zadłużenie gminy byłoby dzielone na posesjonatów proporcjonalnie do przyznawanej im ilości głosów.

Wówczas najwięcej do powiedzenia mieliby posesjonaci zainteresowani tym, aby wartość ich nieruchomości rosła. To zaś zagwarantowałoby, że do władz gmin wybierani będą ludzie sprawnie zarządzający, a nie socjaliści. W takim systemie zniknąłby system zadłużania gmin i nieudolnego nimi zarządzania. Jednak rządowi PiS nie chodzi o taki skutek. Chodzi o wprowadzenie jeszcze większego bałaganu, oskubanie nas z pieniędzy i stworzenie przy pobieraniu nowych podatków miejsc pracy dla kolejnych setek partyjnych towarzyszy.

Wydaje się, że działania rządu w kierunku nowego podatku mają jeszcze jeden cel: wywłaszczenie ludzi z mieszkań. Jest to zgodne z polityką New Deal, która zakłada, że nowy obywatel ma niczego nie posiadać i być posłuszny i szczęśliwy. Nowe rozwiązania nie obniżą cen mieszkań, tylko otworzą pole do popisu dla spekulantów, zwłaszcza podejrzanych funduszy inwestycyjnych. Rozpocznie się więc masowy wykup mieszkań, które wybrani Polacy będą mogli wynajmować, płacąc za to chore pieniądze.

Leszek Szymowski


REKLAMA