Pijani w Sejmie.
W Sejmie zdarzają się "niedyspozycje". (Fot. screen/kolaż)
Nie milkną echa po wkroczeniu chwiejnym krokiem na obrady Sejmu Bartłomieja Sienkiewicza z Platformy Obywatelskiej. To oczywiście nie pierwszy raz, gdy politycy – często w godzinach pracy – zostali przyłapani przez kamery w stanie wskazującym.

W środę późnym wieczorem, podczas debaty nad wotum nieufności dla ministra sportu Kamila Bortniczuka, Sienkiewicz ni stąd, ni zowąd wszedł na salę sejmową i skierował się w stronę Borysa Budki.

Przewodniczący PO od razu wyprowadził – nie bez problemów – partyjnego kolegę z sali.

Budka tłumaczył potem, że Sienkiewicz poprosił go o pilną rozmową, a sam Sienkiewicz swój stan nazwał „potknięciem”.

Michalkiewicz. The Movie

Politycy oczywiście mogą pić co chcą i ile chcą, ale elementarna przyzwoitość nakazywałaby jednak, by w miejscu pracy być trzeźwym.

To nie pierwsza tego typu afera w tej kadencji Sejmu. Pod koniec 2019 roku przez „Fakt” przyłapani zostali inni posłowie PO, gdy w przerwie pomiędzy sejmowymi głosowaniami wyskoczyli do knajpy na obiad, który umilili sobie czymś mocniejszym. A potem wrócili do parlamentu.

Wówczas stricte z alkoholem przyłapani zostali m.in. Sławomir Neumann i Paweł Olszewski.

W poprzednich kadencjach Sejmu „niedysponowani” bywali chociażby Ludwik Dorn, Jan Grabiec, Marcin Kierwiński (wszyscy przyłapani przez „Fakt”), senator Jan Maria Jackowski (oskarżony o to przez rzecznika KRS, Waldemara Żurka) czy Elżbieta Kruk.

Ile osób robiło to pokątnie, można tylko domniemywać.

Tuż przed ogłoszeniem pandemii koronawirusa „Super Express” donosił, że obroty z tytułu sprzedaży alkoholu w Sejmie rosły. 2019 był pod tym względem rekordowy. Podczas 27 posiedzeń sejmowych na alkohol wydano 75 tys. zł, czyli średnio 2700 zł dziennie. W kolejnych dwóch latach z racji covidowych ograniczeń spożycie w sejmowej knajpie oczywiście spadło.

Poczet pijanych posłów