Do Sejmu wpłynął nowy projekt sanitarnej tyranii. PiS chce masowych testów i gigantycznych kar

Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
REKLAMA
Ustawa autorstwa posła PiS Czesława Hoca w nowej odsłonie. Pojawił się nowy projekt poselski wprowadzający sanitarną tyranię w Polsce. Lada dzień może być głosowany – najprawdopodobniej już we wtorek. Czy w jego następstwie pracownicy skoczą sobie do gardeł na wieść o możliwości uzyskania od współpracownika gigantycznego odszkodowania?

O nowych założeniach ustawy sanitarnej, mającej rzekomo powstrzymać ogłoszoną pandemię koronawirusa, posłowie PiS mówili w mediach od dwóch dni. Nie potrafili jednak rzeczowo opowiadać o szczegółach.

Padały ogólniki – m.in. takie, że pracownik, który nie okaże negatywnego testu raz w tygodniu, a będzie źródłem zakażenia wirusem SARS-CoV-2 w firmie, może ponieść karę nawet do 15 tysięcy złotych. Tak twierdził Bolesław Piecha, rzucając w mediach słynne już będzie „musiał”, ale „nieobowiązkowo”.

REKLAMA

W czwartek wieczorem do Sejmu wpłynął projekt, któremu nadano oficjalny bieg. Otrzymał symboliczny nr druku 1981 i został skierowany do pierwszego czytania w komisji zdrowia. Do reprezentowania wnioskodawców, posłów PiS, upoważniony został poseł Paweł Rychlik.

Prenumerata NCZ! z książką GRATIS!

Z harmonogramu opublikowanego na stronie sejmowej wynika, że głosowanie nad ustawą mogłoby się odbyć już 1 lutego.

Nowy covidowy projekt. Co zakłada?

Nowy projekt sanitarnej tyranii rozpisano na 15 stronach. Poprzednia ustawa, tzw. lex Hoc, zakładała m.in., że pracodawca mógłby zażądać od pracownika okazania paszportu covidowego lub negatywnego testu na koronawirusa.

Teraz pracodawca miałby żądać raz w tygodniu okazania od pracownika negatywnego testu na koronawirusa. Testy miałyby być wykonywane na koszt państwa, czyli podatnika. W ustawie zapisano jednocześnie, że = w zależności od sytuacji epidemicznej – minister zdrowia w drodze rozporządzenia może częstotliwość testów zmniejszyć lub zwiększyć.

Pracownicy skoczą sobie do gardeł?

W projekcie zapisano także tajemnicze hasło „świadczenie odszkodowawcze”. Wymyślono, że pracownik, który nie okazał wyniku testu, może nadal świadczyć pracę, ale jeśli zakazi innego pracownika, to może zapłacić mu odszkodowanie.

Nie doprecyzowano jednak w jaki sposób miałoby zostać to udowodnione. I – uwaga – to zakażony pracownik miałby pozywać kolegę z pracy, od którego podejrzewa, że się zaraził.

„Z wnioskiem o wszczęcie postępowania w przedmiocie świadczenia odszkodowawczego z tytułu zakażenia wirusem SARS-CoV-2 przysługującego od pracownika, który nie poddał się testowi diagnostycznemu w kierunku SARS-CoV-2, będzie mógł wystąpić pracownik, u którego zostało potwierdzone zakażenie SARS-CoV-2, który ma uzasadnione podejrzenie, że do zakażenia doszło w zakładzie pracy lub innym miejscu wyznaczonym do wykonywania pracy” – to fragment uzasadnienia.

Jeśli pracownik już doniesie na współpracownika, to wówczas do akcji ma wkroczyć pracodawca i ustalić, którzy pracownicy nie okazali w danym tygodniu wyniku testu na koronawirusa. Dane te winien przekazać do wojewody.

Następnie „wojewoda będzie wszczynał postępowanie w przedmiocie świadczenia odszkodowawczego z tytułu zakażenia”.

„Przyznanie świadczenia odszkodowawczego z tytułu zakażenia wirusem SARS-CoV-2 będzie następowało w drodze decyzji, od której stronom, tj. wnioskodawcy oraz pracownikowi obowiązanemu do uiszczenia świadczenia odszkodowawczego z tytułu zakażenia wirusem SARS-CoV-2, przysługiwał będzie wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy oraz prawo do wystąpienia ze skargą do sądu administracyjnego” – czytamy w projekcie uzasadnienia.

Jeśli pracodawca takiej listy nie sporządzi lub nie będzie wymagał testów, a zakażony pracownik stwierdzi, że wirusa złapał w pracy, to odszkodowania będzie mógł domagać się od pracodawcy.

Jeśli po całej tej procedurze system wykaże nieprzetestowanego winnego, to kara będzie wynosić równowartość 5-krotności minimalnego wynagrodzenia – aktualnie zatem to 15 050 zł.

Cała treść ustawy dostępna w tym miejscu.

O pomyśle na gorąco w Polsat News wypowiedział się gen. prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

Będzie to bardzo trudne, wręcz niemożliwe do udowodnienia (kto się od kogo zakaził – red.). Zresztą, niedługo może się okazać, że masowe testy nie mają sensu. Po prostu mamy do czynienia z patogenem (wariant Omikron – red.), który będzie mógł kolonizować nasze drogi oddechowe, ale dzięki nabytej odporności – czy to ze względu na szczepienie czy przechorowanie – nie będzie niósł za sobą poważnych skutków populacyjnych – stwierdził prof. Gielerak.

REKLAMA