Samochód elektryczny w trakcie ładowania. Zdjęcie: Pixabay
Samochód elektryczny w trakcie ładowania. Zdjęcie: Pixabay
REKLAMA

Do korzystania z wielkich wynalazków, które naprawdę odmieniły losy cywilizacji, nie trzeba było nigdy zmuszać przy pomocy opodatkowania i zakazu korzystania z ich substytutów.

Jak mogliśmy się niedawno dowiedzieć, rząd Zjednoczonej Prawicy w ramach zawartego z Komisją Europejską kompromisu zgodził się na szereg kontrowersyjnych warunków (tzw. kamieni milowych), takich jak choćby wprowadzenie podatku od posiadania pojazdów spalinowych, zakaz sprzedaży aut z silnikiem spalinowym od 2035 roku, wprowadzenie płatności za korzystanie z dróg ekspresowych czy też wprowadzenie zakazu wjazdu aut do centrów miast.

REKLAMA

Części z nich rząd zaprzeczył, a do części się przyznał, obnażając tym samym swoją niebywałą wręcz uległość wobec projektu, który docelowo może tylko doprowadzić polską gospodarkę do katastrofy.

Deficyt zdrowego rozsądku

Rząd, który od siedmiu lat ma usta pełne frazesów o gospodarczym patriotyzmie, bez żadnego wahania zgadza się na zmiany, które są skrojone pod wielomiliardowe zyski międzynarodowych koncernów oraz banków, u których polskie państwo będzie się musiało potężnie zadłużyć, aby sfinansować utopijny projekt wymagający stworzenia wielkiej sieci stacji ładowania pojazdów, systemu dopłat i nowej energetyki opartej na OZE. Pragnąc spełnić wyśrubowane normy zeroemisyjności polska gospodarka nie dość, że przestanie doganiać najbogatsze kraje Europy i reszty świata, to zapewne na dodatek zapłaci za to gospodarczym kolapsem.

Rzucającym się coraz bardziej w ramiona zrównoważonego rozwoju politykom PiS brakuje wielu przymiotów decydujących o byciu odpowiedzialnym za los narodu, ale najbardziej deficytowy jest u nich chyba zdrowy rozsądek. Gdyby się na niego zdali, być może dostrzegliby, że forsowany z tak wielkim uporem nowy, wspaniały świat, w którym prawo poruszania się po drogach będą miały jedynie auta „ekologiczne”, nie może chyba być tak idealny, skoro popycha się nas ku niemu przy pomocy nieustannych zakazów, nakazów, podatków i opłat.

Dobre wynalazki nie potrzebują pomocy

Gdy po raz pierwszy opracowano produkcję rewolweru, ludzie na całym świecie robili, co mogli, aby je nabyć – pomimo wyższych cen niż w przypadku tradycyjnej broni. Do upowszechnienia się rewolweru nie trzeba zaś było wprowadzać podatków od korzystania z karabinów czy też szabel ani tym bardziej wyznaczać terminu, do którego będzie można nabyć broń białą.

W ten sam sposób gdy po raz pierwszy skonstruowano lokomotywę, nikt nie chciał karać użytkowników powozów czy dyliżansów za to, że nie nadążają za tempem zmian przy pomocy zakazów czy nakazów. Wynalazek maszyny parowej napędzającej pojazd poruszający się po torach był na tyle doskonały sam w sobie, że właściciele linii kolejowych wręcz zabijali się o to, aby dostać kredyt na zbudowanie kolejnych linii. Widzieli, że wykorzystywana przez nich technologia jest na tyle dobra, że i tak zdobędzie przewagę nad pozostałymi środkami transportu. W czasach baronów kolejowych nieuczciwość praktyk sprowadzała się najczęściej do żerowania na publicznych subsydiach, zdobywaniu monopolistycznych koncesji lub wyniszczaniu konkurencji. Nikomu nie przychodziło jednak do głowy, żeby przedmiotem ataku uczynić mniej doskonałe formy transportu i doprowadzać do ich zaniku.

Stwierdzenie, że cywilizacja zachodnia znajduje się w stanie kryzysu, brzmi szalenie banalnie, ale jeśli szukalibyśmy obszaru, który w sposób symboliczny ukazuje, na czym polega ten kryzys, to z pewnością czymś takim byłaby stopniowa utrata zdolności do tworzenia wynalazków i udogodnień, które są autentycznie przez społeczeństwo chciane i pożądane. Począwszy od rewolucji przemysłowej, kołem zamachowym zachodnich gospodarek było dostarczanie na rynek produktów, które dla mas były przedmiotem pożądania ze względu na to, że stanowiły udoskonalenie wcześniej spotykanych narzędzi. Auta spalinowe wyparły pojazdy zaprzęgnięte w konie, pralki elektryczne wyparły mniej doskonałe pralki ręczne, a smartfony wyparły działające w oparciu o łącza naziemne telefony tradycyjne. Podobnych przykładów można by wymienić setki.

Co istotne, większość nowych wynalazków i innowacji pomimo zrewolucjonizowania danego obszaru współistniała zawsze ze swoimi mniej doskonałymi substytutami. Miłośnik muzyki może dziś słuchać ulubionych utworów zarówno korzystając z zapisu cyfrowego, płyt CD, jak i gramofonowych. W XXI wieku stwierdzono jednak nagle, że upowszechnienie się nowego wynalazku wymaga wprowadzenia odgórnie zakazu korzystania z jego rzekomo mniej doskonałej konkurencji. Za tym zakazem kryje się oczywiście złudne przekonanie, że w razie niepowstrzymania obecnego trendu emisji dwutlenku węgla czeka nas niechybnie wielka, globalna katastrofa. W rzeczywistości tego rodzaju działania świadczą bardziej o utracie wiary w to, że jest się w stanie stworzyć nowe technologie, które faktycznie uczynią życie ludzkości lepszym i bardziej znośnym.

Gdyby międzynarodowa szajka wyłudzająca od podatników wielomiliardowe kwoty w imieniu rzekomej walki z globalnym ociepleniem faktycznie wierzyła w to, że nowoczesna technologia wybawi nas od ekologicznej katastrofy, wybrałaby cierpliwe oczekiwanie, aż naturalna wyższość elektrycznych aut wyprze z użytku większość pojazdów spalinowych. Jeśli auta elektryczne są naprawdę energooszczędne, a paliw kopalnych zabraknie, to ludzie wcześniej czy później i tak sięgną po pojazdy poruszające się dzięki energii elektrycznej. Tymczasem gdyby nie program coraz wyższych dopłat do zakupu aut na baterie, przyznawany ich właścicielom program zniżek i przywilejów czy też narastający system zakazów i ograniczeń tego rodzaju, auta cieszyłyby się zaledwie śladowym zainteresowaniem.

Jakub Woziński


REKLAMA