Studia w Kalifornii – lekcja islamu. Muzułmanie sowieccy dostosowali się do komunizmu

Z takim to polskim przygotowaniem, bardziej emocjonalnym niż intelektualnym, zacząłem moją przygodę uniwersytecką w północnej Kalifornii w 1982 roku. Islam funkcjonował jako nurt podrzędny w stosunku do pola mojego głównego zainteresowania, jakim była sowietologia. Ale nigdy nie zniknął. Wprost przeciwnie – był stale obecny.

Poruszałem się między College of San Mateo (CSM), Uniwersytetem Stanforda, Uniwersytetem Kalifornijskim w Berkeley oraz Uniwersytetem Stanowym w San Francisco (San Francisco State University – SFSU). W CSM islam wystąpił epizodycznie: wykładowca astronomii wspomniał krótko o osiągnięciach muzułmańskich naukowców w Azji Środkowej. Nie wspomniał jednak, że ich praca była integralnie związana również z astrologią. I moja wyśmienita lektorka angielskiego (która mnie pisać nauczyła), profesor Betty Pex, nadmieniła raz, że Biblia Króla Jakuba (King James Bible) jest dla literatury angielskiej tym samym, czym Koran dla arabskiej poezji. Niewiele informacji, ale ziarno zostało zasiane.

W Stanford i Berkeley pokazywały się światowe sławy, również od islamu. Niestety ani nie było czasu, ani nie doceniałem wtedy jeszcze konieczności całościowego zgłębienia tematu. Brałem tylko to, co myślałem, że mnie interesuje, oraz to, co uważałem za konieczne dla moich głównych zainteresowań.

Wyjątkowo na Uniwersytecie Stanowym w San Francisco profesor Marion Rappe (1928-2005) uporządkował dla mnie świat dyplomacji bałkańskiej w XIX wieku. Pokazał z lotu ptaka wielką grę wielkich potęg – z dala od karzełków, malutkich, pokonanych narodów. Parafrazował księcia Otto von Bismarcka: „Może Bałkany nie są warte kości nawet jednego pomorskiego grenadiera, ale są zawsze warte poznania, bowiem są sworzniem geopolitycznym między imperiami Habsburgów, Hohenzollernów, Romanowów i Osmanów. To klucz do XIX i XX wieku!”. Profesor Rappe pokazał nam, jak padający turecki słabeusz nauczył się na przykładzie rozbiorów Rzeczypospolitej, jak uniknąć jej losów za pomocą gry dyplomatycznej, w ramach której Istambuł balansował na krawędzi, wykorzystując sprzeczność interesów Wielkich Potęg. Uznano, że nie jest w interesie doktryny równowagi sił, aby całkowicie zniszczyć Wielką Portę. Robiono to bardzo powoli i po kawałku. Wiedza ta przydała mi się potem na Uniwersytecie Columbia, o czym za chwilę.

Choć słuchałem wykładów profesora Rappego na studiach licencjackich, moje zainteresowanie islamem nie było zbyt usystematyzowane. Na przykład uczęszczałem na zajęcia, seminaria i wykłady o imperium bizantyjskim, które prowadził profesor William N. Bonds w SFSU. Zahaczało to naturalnie o dżihad Arabów i Turków, ale nie było naświetlone adekwatnie do potrzeb. W dużo większym stopniu wykorzystałem te zajęcia do zrozumienia historii Rusi i Moskwy niż do zgłębienia wczesnego kalifatu, w tym napaści Umajjadów, wypraw Abbasydów, walk Seldżuków, a w końcu i zwycięskiej ofensywy Turków osmańskich przeciw Bałkanom i samemu Konstantynopolowi. Żałuję, że wewnętrzne tarcia w Imperium Bizantyjskim nie zostały naświetlone bliżej w kontekście rozmaitych procesów zachodzących jednocześnie w świecie islamu. Pomogłoby to na przykład lepiej zrozumieć kryzys ikonoklastyczny, gdy niektórzy prawosławni Grecy usiłowali wprowadzić zaczerpnięte z islamu restrykcje dotyczące ukazywania boskich wizerunków. Niemniej jednak profesor Bonds nauczył nas, jak przez niemal tysiąc lat Grecy stali na straży cywilizacji chrześcijańskiej i nie tylko przekazali nam skarby intelektualne i artystyczne antyku, ale również walczyli – w zasadzie osamotnieni – przeciwko zalewowi islamu.

Podobnie profesor J. Chester Cheng w SFSU w swoim seminarium o historii Azji relegował mahometanizm do elementu wtórnego, niejako obcego w Azji. W jego rozumowaniu miejscowi dawali od początku islamowi odpór. Szczególnie wiele czasu spędziliśmy na walce Hindusów przeciwko mahometanom w Indiach. Jednocześnie jednak podziwialiśmy cywilizację, którą islam tam wybudował. W naszych wykładach o Azji Południowo-Wschodniej profesor Cheng nie podkreślał dostatecznie, że religia muzułmańska rozszerzyła się w tamtym rejonie głównie jako wynik działalności kupiecko-misjonarskiej. Prawie zupełnie zignorował obecność mahometanizmu w Chinach. Jednak jego wiedza pozwoliła nam wkomponować islam jako element kolorowej mozaiki cywilizacji azjatyckiej.
Na Stanfordzie i gdzie indziej w rejonie Zatoki San Francisco (np. pamiętam świetną imprezę w The Palace of Fine Arts) słuchałem wykładów profesora Normana Daviesa. W islam raczej się nie zagłębiał, chociaż naturalnie wspominał chwałę oręża polskiego pod Wiedniem. Było to raczej utrwalanie mitów, których uczono mnie w domu, niż głębszy wgląd w tematykę, która przecież nie jest specjalizacją profesora Daviesa. Pamiętam jednego specjalistę. Mimo że wiek XVI i XVII pozostawały poza zakresem moich badań, udało mi się wysłuchać odczytu odwiedzającego Berkeley światowej sławy osmanisty, profesora Halila Inalcika (1916-2016), który przyjechał do nas z Uniwersytetu w Chicago. Ten trudny temat zachęcił mnie do zgłębienia historii społecznej i gospodarczej Imperium Osmańskiego, co do tej pory głupio ignorowałem, przypisując im wtórną rolę do polityki, zamiast uważać ją za równomierną.

CZYTAJ DALEJ