Dziś największą siłą PiS jest słabość opozycji. Konia z rzędem temu, kto powie, jaki program gospodarczy ma największa partia opozycyjna – Platforma Obywatelska. Analiza wypowiedzi liderów PO przypomina próbę zrozumienia Lecha Wałęsy i jego mądrości w rodzaju „jestem za, a nawet przeciw”.

W czasie wyborów parlamentarnych i tuż po nich czołowi politycy PO przekonywali, że państwa nie stać na sztandarowy program socjalny „500 plus”. Tuż po jego wprowadzeniu PO zmieniła zdanie i zaczęła licytację, że pieniądze trzeba dawać na każde dziecko, a nie tylko na drugie z automatu, a dotacja na pierwsze uzależniona od dochodu. W zasadzie jedyny konkret gospodarczy, który chce nam zafundować PO, to… wprowadzenie euro zamiast złotówki.

Banda ekonomicznych analfabetów

Problemem Polski nie jest oczywiście kolor farby drukarskiej, której użyto do produkcji banknotów (copyright do tej myśli – Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha). Faktem jest jednak, że ewentualne wejście Polski do strefy euro ostatecznie pozbawiłoby nas suwerenności gospodarczej i odbiłoby się niekorzystnie na tempie wzrostu gospodarczego. Zwolennicy unii walutowej zdają się nie rozumieć, że Stanom Zjednoczonym wprowadzenie jednej waluty zajęło blisko 100 lat. Na dodatek odbyło się to kraju, w którym nie było barier językowych. Dziś w Europie w krajach wspólnej waluty duża część gospodarek traci z powodu niedostosowanej do ich sytuacji polityki monetarnej. Zarabiają natomiast Niemcy. Postulat wprowadzenia euro można spłycić do stwierdzenia, że to popieranie szybszego wzrostu gospodarczego w Niemczech kosztem Polski. Na tym pomyśle konkrety w planie gospodarczym PO się kończą.

W poszukiwaniu czarnego kota

Chiński myśliciel Konfucjusz kpił, że „ciężko jest znaleźć czarnego kota w ciemnym pokoju, szczególnie jeżeli go tam nie ma”. Takim czarnym kotem jest właśnie program gospodarczy Platformy Obywatelskiej. PO miała bardzo spójny i jasny plan, gdy szła po władzę w 2007 roku. Słynne 3 x 15 proc. miało dać Polakom niskie i proste podatki. Gdy jednak PO doszła do władzy, poddała się słynnemu dyktatowi arkusza kalkulacyjnego. Donald Tusk usłyszał od urzędników, że nie da się obniżyć podatków, bo państwo jest za biedne. I uwierzył w to. Osiem lat rządów PO to czas pełzającej podwyżki podatków. Dziś szefowie PO boją się wrócić do retoryki niskich podatków, bo trudno im przygotować ripostę na zarzut, że mieli osiem lat na uproszczenie i obniżenie podatków, a tego nie zrobili. Zresztą po ich głowach kołacze się sukces PiS oparty na rozdawaniu publicznej kasy. Zostawienie pieniędzy podatnika w jego kieszeni brzmi propagandowo znacznie mniej atrakcyjnie niż hasło: „dam ci 500 zł”. Obywatele w demokracji nie łapią, że aby państwo komuś dało 500 zł, musi tym samym obywatelom zabrać minimum 700 zł, bo ma jeszcze koszty manipulacyjne.

CZYTAJ DALEJ

Comments are closed.