"Oliwa i ogień 2.0" we Wrocławiu. (Fot. facebook.com/OliwaOgien)
REKLAMA

Restauracja „Oliwa i ogień 2.0” otworzyła się pod koniec stycznia mimo zakazu władzy wydanego na podstawie rozporządzenia. Właściciele lokalu mówią wprost, że po raz drugi zamkną się dopiero wtedy, gdy będzie to zgodne z prawem. Zdradzają, że mieli już kontrole ze wszystkich możliwych instytucji, a sanepid przyszedł nawet z gotową decyzją.

Dla wrocławskiej restauracji zamknięcie w październiku – pierwotnie na dwa tygodnie – było szokiem.

Po zakończeniu pierwszego lockdownu, myśleliśmy, że sytuacja z okresu od marca do maja 2020 się nie powtórzy. Takie przynajmniej otrzymywaliśmy zapewnienia jako przedsiębiorcy. Okazało się inaczej – mówią właściciele w rozmowie z portalem wroclawskiejedzenie.pl.

REKLAMA

Wówczas przystali na nakaz zamknięcia wydany na podstawie rozporządzenia, a więc według wielu ekspertów prawnych, ale i sądów – nakaz bezprawny. Wierzyli, że jesienny lockdown potrwa maksymalnie tyle, ile wiosenny.

Film dokumentalny o dramatycznych wydarzeniach w Jedwabnem

Rzeczywistość okazała się brutalna. Lockdown co i rusz jest przedłużany, a z zapowiadanych dwóch tygodni lata moment zrobi się 150 dni.

Czytaj także: 100 dni od zamknięcia branży gastronomicznej na „dwa tygodnie”. Końca gehenny nie widać

Właściciele nie mieli wyjścia i postanowili się otworzyć, aby nie zbankrutować. Sprzedaż jedzenia wyłącznie w dowozie i na wynos nie pozwala utrzymać restauracji przy wszystkich kosztach i bez zwalniania pracowników.

Pojawił się plan, aby otworzyć się 1. stycznia. Nawet rozmawialiśmy z właścicielami innych restauracji, aby zrobić to wspólnie, bo jak wiadomo – w kupie siła. Ale wtedy nikt nie przyłączył się do tego “buntu”, co trochę rozumiemy, bo też i sytuacja każdego jest inna – jeden otrzymał pomoc, inny się boi, ktoś jeszcze tyle o ile radził sobie w obecnej sytuacji, i uczciwie, to sami baliśmy się wyjść przed szereg, przez co czekaliśmy jeszcze trochę na rozwój sytuacji – mówią właściciele.

Ostatecznie otworzyli się w drugiej połowie stycznia. – Usiedliśmy, wzięliśmy kartkę i spisaliśmy plusy i minusy potencjalnego otwarcia restauracji pomimo obowiązujących obostrzeń, wydanych na mocy rozporządzenia. Powiedzieliśmy sobie – albo to zrobimy, albo powoli będziemy umierać – wspominają Kamil i Jarek.

Urzędnicze kontrole. Sanepid z gotową decyzją

W działaniach wspiera ich kancelaria prawna. W momencie kontroli ze strony różnych urzędów po kilku minutach w lokalu pojawia się także przedstawiciel kancelarii.

Policja na kontroli pojawiła się już pierwszego dnia pod wieczór. W sumie była dwukrotnie. Sporządzili notatkę i poinformowali o ewentualnym postępowaniu.

Z wizytą wpadli także przedstawiciele sanepidu. – Panie pojawiły się z gotową, podbitą przez kierownika instytucji decyzją, zanim przystąpiły jeszcze do sprawdzenia lokalu – zdradzają właściciele.

Wobec restauracji toczy się postępowanie administracyjne. Właściciele zapowiadają, że jeśli kara zostanie nałożona, to oczywiście się od niej odwołają.

Na ten moment sprawy monitoruje nasz adwokat, który łapie się za głowę, mówiąc, że władze sanepidu nie zdają sobie sprawy na jaką minę pcha swoich pracowników – mówią.

Jakich jeszcze niedogodności ze strony służb mogą spodziewać się restauratorzy otwierający się mimo zakazu władzy?

Niestety, Państwo ma ogromne możliwości represyjne względem przedsiębiorców. Z jednej strony sanepid, z drugiej kontrole Urzędu Skarbowego, których nie musimy się obawiać, ale i interwencje policji, czy choćby Straży pożarnej, czy nadzoru budowlanego, który zarządzi, że choćby twoje drzwi ewakuacyjne są za wąskie. Ogólnie od początku mieliśmy już kontrole ze wszystkich możliwych urzędów i w teorii możemy uchodzić za wzór, bo wszystko się u nas zgadza, ale gdzieś z tyłu głowy istnieje myśl, że ktoś może coś jeszcze wymyślić, aby zamknąć nasz lokal. Smutne jest to, że my momentami nie mamy czasu pracować nad tym, aby nasza pizza była lepsza, bo ilość biurokracji nas przygniata – opisują właściciele.

Wielki odzew

Kamil i Jarek nie żałują decyzji o otwarciu, choć na każdym kroku rzucane są im kłody pod nogi. Wszystko wynagradzają im goście, którzy tłumnie przychodzą do lokalu, a niekiedy czekają nawet w kolejce przed wejściem.

Na ten moment Polacy są zmęczeni pandemią, wydaje nam się wręcz, że panuje jakieś społeczne przyzwolenie na to, aby otwierać gastronomię, która jako jedna z niewielu branż nie doczekała się choćby częściowego odmrożenia – mówią.

Reakcje są optymistyczne, ludzie dziękują nam, że się odważyliśmy, a oni w końcu mogą usiąść na kawie czy zjeść pizzę na miejscu, a nie w aucie pod lokalem. Momentami wydaje nam się, jakbyśmy wynaleźli coś nowego, bo ludzie przychodzą z wielkimi oczami, chwilami niedowierzając, że to się dzieje naprawdę – kontynuują.

Zdecydowaliśmy się nie działać przy stuprocentowym obłożeniu, trzymamy reżim sanitarny. Ostatecznie to już klient decyduje czy akceptuje taką sytuację, czy jednak odpuszcza i zamawia jedzenie z odbiorem bez wchodzenia do środka – zaznaczają.

Zamkną się dopiero, gdy będzie to zgodne z prawem

Co Kamil i Jarek radzą innym restauratorom? – Żeby się nie bali, po prostu! Muszą być pewni siebie, otwarcie mówić o tym, że się otwierają, że nikt z nas nie łamie prawa, choć niektórzy tak próbują nas przedstawiać. Im będzie nas więcej, tym większa siła całej branży, która musi wywierać mocniejszą presję na rządzących. Natomiast każdy musi odpowiedzieć sobie na pytanie czy chce wskoczyć w te tryby.

Z tego co nam wiadomo, prawo nie działa wstecz i nie zamierzamy się zamykać, chyba, że wprowadzony zostanie Stan wyjątkowy lub Stan klęski żywiołowej. Zamknąć możemy się tylko wtedy, kiedy będzie to zgodne z prawemzapowiadają w rozmowie z portalem wroclawskiejedzenie.pl właściciele lokalu „Oliwa i ogień 2.0”.

Sąd w Sopocie: zakaz działalności niezgodny z prawem! Menedżerka klubu uniewinniona

REKLAMA