Cenzura w internecie zatacza coraz szersze kręgi. Z Facebooka usunięty został profil Konfederacji, który śledziło 671 tys. osób, najwięcej spośród wszystkich polskich partii politycznych. Sprawę komentuje Dobromir Sośnierz.

Konfederacja została usunięta z Facebooka za zbytnie odbieganie od oficjalnej narracji pandemicznej i szczepionkowej.

Gros osób wskazuje, że to naruszenie wolności słowa i ingerencja w proces wyborczy, gdyż obieg informacji się zmienia i coraz więcej ludzi czerpie wiedzę wyłącznie z mediów społecznościowych. Niektórzy z cenzury się cieszą, bo nie dotyczy ich, tylko politycznego przeciwnika.

Jeszcze inni wskazują, że „tak działa wolny rynek” i Facebook może usuwać, kogo chce. Na zarzuty te odpowiada poseł Dobromir Sośnierz, wolnościowiec z partii KORWiN, współtworzącej Konfederację Wolność i Niepodległość.

Michalkiewicz. The Movie

Poniżej obszerny wpis, jaki Dobromir Sośnierz zamieścił w mediach społecznościowych.

Leczenie cenzury przez ingerencję urzędników jest jak gaszenie pożaru benzyną

Przede wszystkim przestrzegam przed lekkomyślnym wzywaniem na pomoc państwowych regulacyj. Wyganianie diabła Belzebubem to jest bardzo zły pomysł. Cyfrowe mono- i oligopole są problemem, ale nie mogą nas zmusić do korzystania ze swoich usług. Państwo może. Jeśli dzisiaj zaprosimy urzędników do tego, żeby mówili właścicielom mediów społecznościowych, czego im nie wolno kasować, to jutro ci urzędnicy powiedzą im, co jednak kasować należy. Nie wiemy, jacy wariaci będą z tych uprawnień korzystać w przyszłości.

Zresztą tak naprawdę to właśnie presja polityczna ze strony państw powoduje, że internetowi giganci stają się bardziej skłonni do zapobiegawczego wdrażania ograniczeń. Oni wiedzą — i są informowani — że jeśli będą ostentacyjnie olewać tę presję i pozwalać na nieograniczoną ekspresję treści nieakceptowanych przez największych regulatorów, to groźba regulacji zostanie odpalona. Te groźby są zresztą notorycznie ponawiane. Naszym problemem za chwilę może być to, że to państwa NAKAŻĄ cenzurowanie treści uznanych a to za „mowę nienawiści”, a to za „kłamstwo kowidowe”, a to za „fałszywą informację”. Facebooki i YouTube’y lawirują między optymalną strategią biznesową polegającą na dopuszczeniu wszystkiego, co generuje ruch a oczekiwaniami poprawności politycznej, której strażnicy w każdej chwili mogą pociągnąć za regulacyjny cyngiel. Nie żebym to postępowanie usprawiedliwiał, ale zawsze warto pamiętać, że interesy lepiej tłumaczą świat niż przypisywanie komuś czystej złośliwości.

Zresztą niewykluczone, że tak było również w tej sprawie. Są tacy, którzy twierdzą, że to nie przypadek, że minister cyfryzacji wiedział o tym pierwszy. Nie możemy wykluczyć zabawy w złego i dobrego policjanta. Państwo to wróg wolności, a nie sprzymierzeniec. I to państwo karmi Facebooka reklamami, nie wymagając nawet uznania jurysdykcji swoich sądów.

Zresztą jaka jest szansa, że nasze regulacje będą skuteczne ? Jeśli UE będzie oczekiwała ograniczenia wolności słowa, a Polska — poszerzenia, to kto postawi na swoim ? Ten kto zawsze czy ten kto zaraz zapłaci 100 mln za Turów?

Ja na pewno będę przeciwny prawnemu nakazowi świadczenia usług podmiotom, którym ktoś usług świadczyć nie chce. Nieważne czy chodzi o drukarza, który nie chce drukować tęczowych plakatów, aptekarza, który nie chce sprzedawać gumek czy o serwis społecznościowy, który nie chce udostępniać swoich serwerów tym, którzy naruszają lewicowe dogmaty.

Jedyną regulacją wartą rozważenia jest wymuszenie otwartych protokołów

Jeśli już mielibyśmy postulować tutaj jakąś regulację, to można zastanowić się jedynie nad wymuszeniem interoperacyjności i otwartego standardu. W końcu centralizacja jest w przypadku serwisów internetowych po prostu wygodna — czy na pewno chcielibyśmy szukać filmów na pięciu konkurujących YouTube’ach a znajomych na ośmiu Facebookach ? Pewnie nie. Jedynym sposobem na uniknięcie monopolu przy zachowaniu takiej centralizacji jest otwarty protokół — a więc sytuacja, kiedy może istnieć wiele stron kompatybilnych z Facebookiem, które nawzajem pozwalają na przepływ treści pomiędzy nimi. Wówczas ten serwer, który będzie ograniczał widoczność jakieś zawartości będzie stopniowo przegrywał z tymi, które tego nie robią. Bo treści nie znikną, a użytkowników będzie wkurzało, że nie mogą otworzyć niektórych materiałów, które ktoś im podsyła.

Pomysł takiej regulacji jest już zresztą rozpatrywany na szczeblu UE i być może warto to przemyśleć jako najmniejszą możliwą ingerencję pozwalającą na połączenie zalet monopolu z zaletami konkurencji. Nawet UE czasem może coś napisać z sensem. Raz do roku to i kij od miotły wystrzeli.

Odmowa świadczenia usług jest czymś zupełnie innym niż zerwanie umowy bez odszkodowania. Analogia z łódzkim drukarzem jest fałszywa

Z drugiej strony trzeba podkreślić, że w przypadku skasowania strony Konfederacji nie mamy do czynienia z odmową świadczenia usługi, ale z jej bezpodstawnym porzuceniem bez odszkodowania. To nie jest analogia do sprawy łódzkiego drukarza. Drukarz z góry powiedział, że nie chce tego dziadostwa drukować — i to jest OK. FB jednak przyjął zlecenie, wziął sporo pieniędzy, zarabiał na generowanym ruchu, a w pewnym momencie powiedział, że się rozmyślił — i reszty wydruków już nie wyda, nie udowadniając drugiej stronie żadnego złamania regulaminu, nie dając możliwości wyjaśnienia sprawy, a nawet skutecznie uchylając się od jurysdykcji polskich sądów.

To jest złamanie umowy. Ktoś kto zainwestował masę pracy i sporo pieniędzy w stworzenie gigantycznego profilu, lubianego przez 700 tys. ludzi ma prawo oczekiwać, że druga strona dotrzyma warunków tej umowy i będzie utrzymywała publikację tego profilu tak długo, jak jednoznacznie nie wykaże złamania tej umowy. A zresztą nawet w razie stwierdzenia naruszeń, należy najpierw wezwać do ich usunięcia, sprecyzować oczekiwania i wyznaczyć termin. A klient musi mieć prawo odwołania się do sądu — i do gigantycznego odszkodowania, jeśli się okaże, że ta decyzja była niezgodna z treścią zawartej umowy (a nie z jej swobodną interpretacją). Niczego takiego jednak FB nie zapewnia, więc porównywanie go z łódzkim drukarzem czy klauzulą sumienia, jest absurdalne. FB musiałby nam wszystkim w momencie zakładania konta wyraźnie powiedzieć, że prawicowcy nie mogą tutaj się wypowiadać — wtedy nie zmarnowalibyśmy czasu na budowanie sieci znajomych i obserwujących w miejscu, gdzie nas nie chcą. Nie można jednostronnie dowolnie zmieniać umowy w trakcie jej trwania.

Hasło „wolny rynek zdecydował” jest w tym kontekście używane w sposób nieadekwatny do jego znaczenia

Kolejna sprawa, to zawsze pojawiająca się w takim przypadku nieszczęsna uwaga o tym, że „tag działa wolny ryneg, kucu”, najwyraźniej ciągle uważana za błyskotliwą. Otóż jest ona problematyczna z kilku powodów i pora się odnieść do nich bardziej systematycznie.

Po pierwsze, to zdanie zdaje się sugerować, że zdaniem wypowiadającego wolnościowcy wyznają jakąś irracjonalną wiarę w to, że każdy podmiot na rynku zachowuje się przyzwoicie, rozsądnie i wydajnie. Takie przekonanie byłoby całkowicie sprzeczne z prostymi obserwacjami. Jest oczywiste, że podmioty na rynku podejmują różne decyzje — dobre i złe. Te, które podejmują dobre trwają dłużej, te które podejmują zbyt dużo złych, mają kłopoty. Bo „wolny rynek” jest uogólnieniem obejmującym odpowiednio dużą liczbę uczestników. Duża liczba podmiotów metodą prób i błędów odnajduje coraz lepsze rozwiązania. Sugerowanie, że wolny rynek oznacza, że ten oto pojedynczy podmiot podjął optymalną decyzję albo zachował się uczciwie, jest niedorzeczne. Gdyby wolnościowcy wierzyli, że każdy przedsiębiorca jest nieomylny i uczciwy, to nie postulowali by istnienia sądów i upadłości.

Jest dokładnie odwrotnie — właśnie dlatego, że ludzie są omylni, mają ograniczoną wiedzę i oszukują, wolny rynek jest niezbędny. Bo wolny rynek z czasem te błędy eliminuje. A przecież urzędnik może być tak samo omylny, ograniczony czy nieuczciwy — więc dawanie mu władzy nad decyzjami innych ludzi jest potwornie niebezpieczne. Przedsiębiorca podejmuje złe decyzje na własny koszt, urzędnik — na cudzy.

Po drugie, jeśli gdzieś mieliśmy tu wielkoskalowy mechanizm rynkowy, to wtedy, kiedy FB pozwolił użytkownikom wybierać, co chcą czytać. No i 700 000 ludzi wybrało Konfederację. W tym segmencie wolnego rynku Lewica, KO, PiS i PL2050 przegrały z Konfederacją. Ponieważ wynik tej gry rynkowej komuś się nie spodobał, to ten ktoś postanowił arbitralnie zaingerować i ograniczyć ofertę. Jest to, owszem, decyzja prywatnego podmiotu, ale sama ta decyzja nie jest tożsama z mechanizmem rynkowym.

Po trzecie, o tym, czy wolny rynek działa czy nie, decyduje czas. Nawet bardzo złe decyzje zwykle nie przynoszą złych skutków ot tak od razu. Czy decyzja FB mu się na dłuższą, nomen omen, metę opłaci, to się dopiero okaże. Jeśli FB utrzyma taką politykę, a mimo to w perspektywie paru lat nie straci użytkowników, to wtedy będzie można powiedzieć, że ta decyzja obroniła się na rynku. Na razie tego nie wiemy. Jak powiedziałem, „wolny rynek” jest zjawiskiem widocznym w dużej skali. Utożsamienie zdania „wolny rynek zdecydował” ze zdaniem „pojedynczy podmiot zdecydował” jest grubym nieporozumieniem.

Po czwarte, prawo do krytyki nie uchybia wolności. Uznanie czyjegoś prawa do robienia głupot, nie wyklucza prawa do nazwania tego głupotą. Nawet jeśli robi ją na swój koszt. To się nazywa wolność słowa. Nie ma nic zdrożnego w krytykowaniu poczynań prywatnej firmy przez zwolennika wolnego rynku. To tylko lewicowy umysł nie potrafi zrozumieć, że krytyka nie musi oznaczać chęci zakazania tego, co się krytykuje. Lewicowy umysł czyni bezpodstawną projekcję własnego sposobu widzenia świata — czyli zasady „to czego nie lubię powinno być zakazane” — na wolnościowców. Ale ja np. nienawidzę alkoholu, a jednocześnie jestem za liberalizacją przepisów dotyczących jego sprzedaży. Odradzam, potępiam, ale pozwalam.